„Powinieneś się cieszyć, że w ogóle żyjesz” – usłyszałem od kogoś, kto miał być moim wsparciem, w dniu, w którym dowiedziałem się, że mój najbliższy przyjaciel po pięćdziesięciu latach przyjaźni…

„Powinieneś się cieszyć, że w ogóle żyjesz” – usłyszałem od kogoś, kto miał być moim wsparciem, w dniu, w którym dowiedziałem się, że mój najbliższy przyjaciel po pięćdziesięciu latach przyjaźni...

Stoi przede mną kolejny zwykły dzień, a ja, zamiast odpoczywać, znowu utknąłem w tym całym zamieszaniu. Właściwie to już od kilku tygodni jestem wykończony, a mimo to wciąż nie mogę znaleźć chwili wytchnienia. Przespałem całą sobotę i niedzielę, a i tak jestem śmiertelnie zmęczony. Coś jest ze mną nie tak, wiem o tym, i chyba najwyższy czas, żebym poszedł zrobić sobie badania, zamiast zwalać wszystko na przeprowadzkę i brak czasu.

Thumbnail

Właśnie czekałem na córkę, która kończyła trening na siłowni. Julka od jakiegoś czasu ćwiczyła regularnie i muszę przyznać, że efekty były niesamowite. Kiedy lekarze kazali jej chodzić na rehabilitację i budować mięśnie, bo kręgosłup zaczął jej się wyginać, nikt nie spodziewał się, że będzie aż tak dobrze. Ona miała zanik mięśni, a przez to kręgosłup zaczął się zwijać w trąbkę.

Przez kilka miesięcy musiała nosić gorset. Lekarze mówili, że to potrwa co najmniej rok. A jednak po trzech miesiącach rehabilitacji gorset mogła zdjąć. Kiedy lekarze zobaczyli, że na jej plecach pojawiają się coraz większe mięśnie, byli w szoku.

Wszystko to dzięki panu Dawidowi, rehabilitantowi z siłowni obok. Facet wyglądał jak zakapior. Miał niesamowite kalafiory na uszach, cały napakowany, wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z jakiejś bójki. Kiedy Agata go zobaczyła, powiedziała wprost, że gdyby spotkała go w ciemnej bramie, toby się zesrała.

Nie chciała mu w ogóle dawać Julki. To ja stanąłem w obronie córki, bo słyszała o nim bardzo dobre opinie. Powiedziałem żonie, żeby dała mu szansę, bo wygląd o niczym nie świadczy. W końcu sam nie jestem ideałem, a ludzie jakoś ze mną wytrzymują.

Na początku pan Dawid nie chciał się zgodzić na treningi. Powiedział wprost, że nie przyjmie dziecka, dopóki nie pozna całej historii medycznej i nie będzie wiedział, w którą stronę przestawia się kręgosłup. Zrobił konsultację z jakimś lekarzem i rehabilitantem, a dopiero potem zabrał się do pracy. Facet był drogi, brał tysiąc sześćset złotych miesięcznie, ale efekty przerosły nasze najśmielsze oczekiwania.

Julka nie dość, że zaczęła mieć kaloryfer na brzuchu, to na plecach pojawiły się jej duże mięśnie. Lekarze, którzy wiosną szykowali ją na trzy miesiące do szpitala, teraz mówili, żeby nawet nie przychodziła, bo ćwiczenia działają lepiej niż szpital. Pan Dawid był przy tym niesamowicie stanowczy. Julka raz powiedziała mu, że źle się czuje i nie przyjdzie na trening.

A on na to, żeby wypiła herbatkę i od razu zjawiła się na sali. Nie uznawał żadnych wymówek. Nawet teraz, gdy wyjeżdżaliśmy na wakacje, kazał nam zapewnić córce internet, bo zamierzał ćwiczyć z nią zdalnie, dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Gdyby przestali, mięśnie natychmiast zanikłyby i wszystko poszłoby na marne.

To właśnie on wyprowadził z wózka inwalidzkiego dziecko, które nie chodziło od siedmiu lat. Powiedziałem to wszystko widzom na streamie, bo nie mogłem się powstrzymać, żeby nie pochwalić tego człowieka. Agata do dziś powtarza, że się myliła co do niego i przeprasza. Gdyby ktoś z Dolnego Śląska miał podobne problemy ze zdrowiem, to naprawdę powinien go poszukać.

Ten facet potrafił rzeczy, w które trudno było uwierzyć. Po tej dłuższej opowieści o Julce wróciłem do zwykłych spraw. Na sklepie szykowała się spora zmiana. Od pierwszego dnia miesiąca miała przestać działać wyszukiwarka części po drzewku auta, TechDoc.

Szkoda, bo to była naprawdę fajna opcja, ale utrzymanie kosztowało piętnaście tysięcy za kwartał, a sprzedaż była zbyt mała, żeby to się opłacało. Lepiej było postawić człowieka, który odpowiadałby na maile i telefony i pomagał dobrać właściwe części. Kiedy tylko sklep zwiększy obroty, na pewno wrócimy do tej wyszukiwarki. Potem zaczął się temat paliwa, bo u nas ceny ciągle rosły, a ludzie pytali, gdzie jeżdżę na urlop.

Odpowiedziałem, że chciałbym do Albanii, ale Agata ciągnie do Chorwacji. Znajoma mojej żony straszyła, że Czarnogóra to jeden wielki brud, smród i ubóstwo, a jedyne, co tam ładne, to widoki. Nie wiem, ile w tym prawdy, bo nigdy tam nie byłem, dlatego właśnie chciałem się przekonać na własne oczy. Ostatecznie wybór padł na Starigrad w Chorwacji.

Ktoś podpowiedział też wyspę Preko koło Zadaru, ale znalezienie wolnego miejsca o tej porze graniczyło z cudem. My swój kemping zaklepaliśmy dwa tygodnie temu. Trasa do Chorwacji wymagała trochę planowania, bo prowadziłem szeroką przyczepę, dwie i pół metra szerokości i ważącą dwie tony. Chciałem jechać autostradami, żeby nie kluczyć po wioskach, gdzie ledwo się mieściłem.

Ludzie na czacie przestrzegali mnie, że na granicy polsko-słowackiej tunel jest zamknięty i trzeba jechać objazdem, a od Zwardonia jest problem z drogą D3. Kupiłem już winietę na Słowację, a tu nagle okazało się, że i tak będę musiał kupić jeszcze na Czechy. Trzy stówy w plecy, ale nie miałem wyjścia. Węgry i Słowacja za to nie były takie złe, bo na Węgrzech, jeśli ma się samochód do D1, nie trzeba kupować winiet na przyczepę, a na Słowacji trzeba osobno za auto i za przyczepę.

Ostrzegano mnie też, że w tym roku i Austriacy, i Węgrzy, i Słowacy, i Polacy mają podobno wielką akcję na przeładowane przyczepy i kampery. Podobno była ogłoszona jakaś łapanka na żywo, więc trzeba było uważać, zwłaszcza z taką szeroką przyczepą. Przy okazji rozmowy o wyjeździe wyszło, że muszę wymienić butle gazowe w przyczepie. Wyciągnąłem dwie, były ciężkie, więc wydawało mi się, że są pełne.

Dopiero po przeważeniu okazało się, że każdej brakuje od dwóch do czterech kilogramów gazu. Wtedy właśnie pomyślałem, że gazbanki to jednak znacznie lepsze rozwiązanie. Są lżejsze, a gdy ci brakuje gazu, po prostu dobijasz tyle, ile wejdzie, i jedziesz dalej. Butle są różne w różnych krajach, a z gazbankami nie ma tego problemu.

Tematem, który mocno mnie poruszył, była historia mojego najbliższego przyjaciela. Po pięćdziesięciu latach przyjaźni dostał skierowanie do hospicjum stacjonarnego. Wiadomość zwaliła mnie z nóg. Choroba nie wybiera i nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie na nas czas.

Dlatego zawsze powtarzam rodzinie i wszystkim dookoła, żeby się nie denerwować i nie kłócić, bo życie jest zbyt krótkie. Nigdy nie wiesz, czy z daną osobą nie zamieniłeś za mało najważniejszych słów. Mogłem tylko życzyć mu zdrowia i wierzyć, że jeszcze będzie dobrze. Na czacie ktoś zapytał o wymianę sprężyn w Kia ProCeed.

Facet słyszał, że można założyć od Ceeda kombi, żeby auto stało wyżej, bo ma LPG i chce, żeby się mniej siadało. Odradzałem mu to. Jeśli podniesiesz zawieszenie, auto będzie miało tendencję do podsterowności, a to nie jest ani bezpieczne, ani wygodne. Inżynierowie naprawdę siedzą nad tym, żeby zawieszenie było dopasowane do konkretnego modelu.

Lepiej założyć nowe, oryginalne sprężyny. Kto będzie chciał kupić takie auto, i tak to zrobi. Potem przyszła kolej na przeprosiny wobec Tomka. Namieszałem w jego paczkach.

Powiedziałem mu, że filtry już poszły, a one dopiero dzisiaj rano zostały wysłane. Turbinka z filtrem wyjdzie dopiero po południu, więc paczka dojdzie jutro rano. Tomek był klientem, a klient to pan, i nie powinno się w ten sposób traktować ludzi. Obiecałem, że wszystko wyślemy natychmiast, jak tylko się da.

W międzyczasie na czacie ktoś wspomniał o swoim weselu. Pogratulowałem mu, bo fajnie mieć takie wydarzenie w wakacje. Ktoś inny pytał o wymianę sprzęgła w Toyocie Avensis i fatalną jakość części. Mówiłem, że na komplety Aisin trafiłem już dwa razy i niestety trzeba było je przerabiać, bo nie chciały pasować.

Może Sachs robi do tego auta, więc warto sprawdzić w sklepie. Rozmowa zeszła też na nałogi, bo miałem na ten temat dość stanowcze zdanie. Uważam, że alkoholizm, papierosy czy narkotyki to nie jest choroba, tylko wybór. Człowiek chory na raka nie wybiera sobie choroby, ale alkoholik sam decyduje, czy sięgnie po butelkę.

Nawet w najtrudniejszych chwilach, gdy odchodzi ktoś bliski, nie musisz topić smutku w alkoholu. Musisz to przecierpieć, na to nie ma lekarstwa. Ale w tym momencie jeden z widzów, Daniel, mocno się ze mną nie zgodził. Prosił, żebym nigdy tak nie mówił, bo to krzywdzące dla ludzi, którzy mają naturalne predyspozycje do popadania w nałogi, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

On twierdził, że część ludzi nie powinna mieć w ogóle styczności z alkoholem. Wysłuchałem go, ale nie zmieniłem zdania. Swoją drogą, sam znam się na nałogach, bo od trzeciej klasy podstawówki popalałem papierosy. Z czasem doszedłem do trzech i pół paczki dziennie.

Przez dwadzieścia lat próbowałem rzucić i nie mogłem. Żadne gumy, tabletki, plastry nie działały. Rzuciłem dopiero wtedy, gdy mocno zachorowałem na zapalenie płuc. Lekarz kazał mi leżeć czternaście dni i powiedział, że jeśli nie będę palił, płuca szybciej się zregenerują.

Przetrwałem dwa tygodnie bez papierosa, a potem stwierdziłem, że skoro głowa mi się nie kręci, to po co mam wracać do palenia. I w ten sposób, po prawie trzydziestu latach palenia jak smok, rzuciłem przez przypadek i przez strach. A teraz powiem coś, czego nikomu nie mówiłem. Tydzień temu nakryłem Agatę, jak poszła sobie zapalić.

Powiedziałem jej wprost, że jest cienias. Ale po trzech latach niepalenia zakręciło jej się w głowie tak mocno, że musiała pobiec do toalety. Od tej pory twierdzi, że już więcej nie zapali. Ja sam nie wróciłem do palenia tylko z jednego powodu, finansowego.

Jak paliliśmy oboje, z Agatą szło na papierosy trzy tysiące złotych miesięcznie. A poza tym nie czuję się ani trochę lepiej. Oddycham tak samo, czuję się tak samo, tylko przytyłem trzydzieści kilo. Więc jak ktoś mi mówi, że rzucenie papierosów poprawiło mu zdrowie, to moim zdaniem kłamie.

Ja poczułem tylko różnicę w portfelu. Historii z paleniem było zresztą więcej. Mój ojciec, kiedy wiózł mnie do wojska, sam kazał mi zapalić w samochodzie. Dał mi papierosa, potem drugiego, a na koniec zatrzymał się przed sklepem i kupił mi dwie paczki na wejście do wojska.

Także nie miałem przed nim już żadnych tajemnic. Na koniec Krzysiek pytał o narzędziówkę Jato. Przyznałem, że chciałem ją kupić, bo to naprawdę dobre narzędzia, ale stwierdziłem, że narzędzi mamy mnóstwo, a brakowało nam tylko szafek. Ale te już są, zobaczycie w drugiej części.

Sam wybierałem się na urlop, chłopaki z warsztatu mieli zacząć pracę na nowym miejscu już od pierwszego, a nowy mechanik, znajomy pana Bąskiego, podobno miał mnie wygryźć. Nie przejmowałem się tym zbytnio. Miałem jeszcze trochę spraw do załatwienia przed wyjazdem, między innymi wymienić zawiasy w szafkach przyczepy, bo dostałem całą paczkę od Prokampa, a dwa były uszkodzone. Powiedziałem widzom, że muszę już jechać, bo nie mam ze sobą nawet mikrofonu i muszę umyć auta i przyczepę przed drogą.

Pożegnałem się, życzyłem wszystkim wszystkiego dobrego i obiecałem, że na pewno się jeszcze zobaczymy i usłyszymy. Ruszyliśmy w trasę, a ja po raz kolejny pomyślałem, że najważniejsze to zdrowie i spokój w rodzinie. I to, żeby umieć zajrzeć do środka człowieka, zamiast oceniać go po okładce. Bo człowiek w brudnych ciuchach po przejściach może w środku kryć coś naprawdę wielkiego.

Jak pan Dawid, który wyglądał jak ktoś, kogo lepiej unikać, a potrafił stawiać na nogi dzieci, które nie chodziły od lat.