Nie chciała hucznej biesiady dla dwudziestu osób ani toastów ciągnących się do północy. Nie chciała też przez trzy dni przekładać spółki na półkę razem z niedojedzonymi sałatkami. Anna pragnęła tylko jednej rzeczy: znaleźć wreszcie pieniądze na operację. Cały plan opierał się na jednym przelewie i jednej dacie.

Wszystko miało się udać, jeśli tylko Witek, jej mąż, trzymał się ustaleń tak samo jak ona. Witek zarabiał całkiem nieźle, ale należał do ludzi, u których wypłata znikała szybciej, niż zdążyli się do niej przyzwyczaić. Anna odkładała, liczyła rachunki, wiedziała, ile może wydać bez zaglądania z niepokojem do aplikacji bankowej pod koniec miesiąca. Ale nawet ona nie potrafiła wyciągnąć z powietrza ponad sześćdziesiąt tysięcy złotych.
Przez kilka miesięcy systematycznie dzwoniła do instytucji. I właśnie wczoraj wreszcie zobaczyła na rachunku dokładnie tyle, ile potrzebowała: sześćdziesiąt tysięcy złotych. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, dziś miała jechać do szpitala. Witek miał zostać w domu.
Te pieniądze, całe sześćdziesiąt tysięcy, miały zostać na koncie tylko do jutra. Prawy róg kuchennego stołu bardziej do ściany, mokra ścierka na kaloryferze, świeże warzywa na desce do krojenia. Witek stał przy kuchence, smażył jajecznicę. Anna siedziała przy stole, mieszała kawę, zerkała na telefon.
Czekała na potwierdzenie, na wiadomość, na cokolwiek, co pozwoliłoby jej odetchnąć. Ale telefon milczał. – Nie dzwonią? – zapytał Witek, nie odrywając wzroku od patelni.
– Na razie nie – odpowiedziała cicho. Witek wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki i położył przed nią plik dokumentów. – Zobacz, może tu coś znajdziesz – powiedział. Anna przechyliła głowę i odsunęła stos rachunków.
Wtedy spostrzegła coś, co natychmiast zmroziło jej krew. Na samej górze leżał dowód przelewu. Opiewał na kwotę sześćdziesiąt tysięcy złotych. Tylko że zamiast nazwy szpitala widniała tam inna nazwa.
Nazwa konta, którego nie znała. Zamiast sześćdziesięciu tysięcy widniała jedna niewielka kwota. Sprawdziła nazwę konta, wróciła wzrokiem do przelewu, policzyła zera. Dwadzieścia tysięcy.
Przelew na dwadzieścia tysięcy, a nie sześćdziesiąt. Witek stał nad nią, czekał, najwyraźniej nie rozumiejąc, o co chodzi. – Gdzie są pozostałe pieniądze? – zapytała z trudem.
– Jakie pozostałe? – Witek uniósł brwi. – Cała sześćdziesiątka. Miała być cała.
Miała być na koncie. Gdzie reszta? Jego głos przywrócił ją do kuchni. – Reszta jest u twojej mamy.
Anna poczuła, jakby całe powietrze uciekło z jej płuc. Witek miał szerokie pełnomocnictwo do zarządzania jej rachunkami. Zawsze twierdził, że to przecież rodzinny interes. Anna miała wtedy planowo trafić do szpitala, więc zgodziła się, żeby pomógł.
Nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby sprawdzać, co naprawdę robi z pieniędzmi. – Przelałeś mamie sześćdziesiąt tysięcy? – wydusiła. – No przecież mówiłem, że pomagamy rodzinie – odpowiedział lekko, jakby mówił o zakupie pieczywa.
– Matka potrzebowała. – Ale to były pieniądze na moją operację. Na moje nogi. To miało uratować mi zdrowie.
Witek, właśnie przelałeś swojej mamie sześćdziesiąt tysięcy złotych. Przez chwilę patrzył na nią, jakby czekał, aż zażartuje. Potem wzruszył ramionami i wrócił do patelni. – Zawsze robisz z tego wielkie halo – mruknął.
– Jakby to były twoje pieniądze. To są nasze pieniądze. Mamy obowiązek pomagać rodzinie. Anna oderwała wzrok od przelewu i przeniosła go na okno.
Za szybą słychać było śmiech sąsiadów, czuli zapach pieczonego mięsa. Wszyscy przygotowywali się do święta. Tylko Anna stała przy kuchennym blacie z telefonem w dłoni i próbowała znaleźć sześćdziesiąt tysięcy złotych, które jeszcze poprzedniego dnia były na swoim miejscu. Dopiero teraz naprawdę do niej dotarło.
Witek rzeczywiście przygotowywał się do święta, tyle że nie do takiego, jakie wyobrażała sobie ona. Dla jego matki. Dla jego rodziny. Potem podeszła do stołu, wzięła dokumenty i wyszła do sypialni.
Zamknęła drzwi. Wybrała numer do wujka Mikołaja, ciotki Haliny i ciotki Zosi. Każdy z nich przez lata odkładał pieniądze na czarną godzinę, wyciągał je z oszczędności, sprzedawał zwierzęta, wierząc, że pomaga chorej kobiecie. Teraz Anna musiała im powiedzieć, że ich pieniądze nie trafiły do szpitala.
Że trafiły na konto matki Witka. Kiedy wróciła do kuchni, Witek stał przy stole z komórką przy uchu. Najwyraźniej właśnie skończył rozmowę. Zobaczyła, jak wsuwa telefon do kieszeni, jakby nigdy nic.
Anna podeszła do niego blisko. – Oddzwoń do nich – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Oddzwoń do swojej matki i powiedz, że pieniądze wracają. – Nie ma mowy – Witek prychnął.
– To są pieniądze mojej matki. Potrzebowała ich. Jeśli ci tak zależy, to sama sobie poradź. Ja nie zamierzam niszczyć swojej rodziny dla twoich zachcianek.
Anna stała jeszcze przez chwilę. Potem wzięła torebkę, kluczyki i skierowała się do drzwi. – Dokąd idziesz? – zapytał Witek zaskoczony.
– Do twojej matki – odpowiedziała. – Może ona zrozumie, co to znaczy czekać na sześć tysięcy, które zniknęły z konta. Wyszedł za nią w progu. – Nie odważysz się.
Nie zrobisz tego. To nie twoja sprawa. Anna odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy. – Zrobię to.
Wsiadła do samochodu, odpaliła silnik i wyjechała z podjazdu. W lusterku widziała Witka stojącego w drzwiach, z komórką w dłoni, ale nie zadzwonił. Jechałam przed siebie, myśląc o wszystkich słowach, które zostały wypowiedziane, i o tych, które jeszcze miały paść. Czułam, że to nie koniec.
To dopiero początek. Teresa płakała do słuchawki, gdy Anna oddzwoniła. Nie uważała, że lamentowanie przybliży kogokolwiek do sali operacyjnej, ale nie potrafiła się powstrzymać. Anna słuchała, kiwała głową, ale w myślach już układała plan.
Wiedziała, że musi odzyskać te pieniądze. I wiedziała, że zrobi to sama, jeśli będzie trzeba. Witek wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki. Róg pierwszej kartki natychmiast przykleił się do plasterka kiełbasy.
Anna bez pośpiechu podeszła do okna, wróciła do stołu, przysunęła talerzyk. Telefon leżał obok, ekranem do dołu. Jednym ruchem obróciła go i otworzyła aplikację bankową. Zamiast sześćdziesięciu tysięcy widniała tam jedna niewielka kwota.
Ale to nie była już jej kwota. To była kwota, którą musiała odzyskać. Następnego dnia zapukała do drzwi matki Witka. Starsza kobieta otworzyła z uśmiechem, jakby nic się nie stało.
Anna weszła, usiadła przy stole i wyjęła dokumenty. Rozłożyła je przed sobą. – Witek przelał pani sześćdziesiąt tysięcy złotych – zaczęła spokojnie. – To były pieniądze mojej rodziny.
Na moją operację. Oczekuję, że pani je odda. Matka Witka uniosła brwi, udała zdziwienie. – Ależ kochanie, ja nic o tym nie wiem.
Mój syn zawsze dba o rodzinę. Może to jego sposób, żeby mi pomóc. – To nie jest pomoc. To kradzież – odpowiedziała Anna.
– I mam na to dowody. Wyciągnęła wydruk przelewu i położyła na stole. Matka Witka rzuciła na niego okiem i wzruszyła ramionami. – Nie moja sprawa, co mój syn robi ze swoimi pieniędzmi.
Ja tylko przyjęłam prezent. Anna zacisnęła dłonie. Potem wstała. – W takim razie zgłoszę to na policję – powiedziała cicho.
– To jest oszustwo, a pani jest jego częścią. Matka Witka zbladła, ale nie powiedziała ani słowa. Anna wyszła, nie odwracając się, ale w progu usłyszała za sobą głos starszej kobiety:
– Zniszczysz własną rodzinę. I wszystko, co mój syn dla ciebie zrobił.
Anna zamknęła za sobą drzwi. Pomyślała o Witku, o wszystkich latach, które z nim spędziła. O wszystkich obietnicach. O tym, jak bardzo mu ufała.
Ale teraz miała tylko jedno zadanie: odzyskać te sześćdziesiąt tysięcy. I wiedziała, że zrobi to, nawet gdyby miała stracić wszystko. Wykręciła numer do adwokata. Umówiła się na spotkanie.
Przez całą drogę myślała o tym, co powie. Ale zamiast odpowiedzi, w jej głowie pojawiło się jedno pytanie: co zrobi Witek, gdy dowie się, że jego matka nie zamierza oddać pieniędzy? I co zrobi ona, gdy zrozumie, że nie ma już dokąd wracać?


