W przedpokoju było ciasno i chłodno, a Barbara stała na środku w puchowej kurtce tak wielkiej, że wyglądała, jakby ktoś ją napompował. Z jej czapki kapało na stare linoleum, a ona nawet nie mrugała. „Gdzie są moje 2500, Agnieszko? ”
Agnieszka wyrżała szmatę do niebieskiego wiadra.

Woda chlupnęła głucho. „Pani chyba zapomniała, Barbaro. Michał od prawie miesiąca nie pracuje. Szuka nowej drogi, jak sam twierdzi.
A moja pensja laborantki w mleczarni nie jest z gumy. Wynajem, prąd, jedzenie, bilety – z pustego to nawet Salomon nie naleje. ”
Barbara skrzywiła usta, jakby właśnie ugryzła cytrynę. „Michał zawsze dbał o matkę.
Zawsze. Bo on wie, co to znaczy wdzięczność. A ja mam ciśnienie, serce mi kołacze, stawy bolą, kręgosłup siada. Prywatny lekarz kosztuje.
Leki kosztują. W przychodni to człowiek szybciej umrze w kolejce. Ty jesteś jego żoną, więc ty musisz przejąć obowiązek. Jutro chcę mieć pieniądze na koncie.
2500, ani grosza mniej. ”
Z salonu dobiegło potężne ziewnięcie. Jakby w mieszkaniu budził się niedźwiedź po zimie. Agnieszka zacisnęła palce na mokrej ścierce.
Michał jeszcze miesiąc temu był elektrykiem. Zarabiał przyzwoicie, aż pewnego poniedziałku uznał, że nikt nie docenia jego potencjału. Pokłócił się z kierownikiem, rzucił śrubokręt na stół, trzasnął drzwiami i wyszedł z miną męczennika, który właśnie zerwał kajdany. Od tamtej pory leżał na kanapie w bordowym szlafroku.
Rano przewracał się z boku na bok, w południe oglądał filmiki o sukcesie, a wieczorem tłumaczył Agnieszce, że człowiek wybitny nie może wracać do pracy byle gdzie. Musi poczekać na właściwą energię, właściwy moment i propozycję z rozmachem. „Michał jest w delikatnym okresie – ciągnęła Barbara. – On się przebudowuje.
Taki mężczyzna potrzebuje spokoju, ciepła i wsparcia. Nie możesz mu dokładać nerwów rachunkami. ”
„Ja mu dokładam rachunkami? Barbaro, ja to mieszkanie ciągnę sama.
Od 28 dni Michał nie przyniósł do domu ani złotówki. ”
„Bo zbiera siły. A ty jako żona masz mu stworzyć zaplecze. Jemu i mnie.
Przecież ja nie proszę na fanaberię, tylko na zdrowie. ”
Odwróciła się nagle, żwawo jak nastolatka, choć przed chwilą opowiadała o kolanach i kręgosłupie, i trzasnęła drzwiami tak mocno, że z framugi posypał się biały pył. Agnieszka podeszła do okna. Z trzeciego piętra widziała doskonale, jak ta schorowana kobieta z chorym sercem żwawo przeskakuje kałuże, omija chłopaka na hulajnodze i prawie truchtem rusza w stronę przystanku.
Zachciało jej się śmiać, ale to nie był wesoły śmiech. Raczej suchy, kłujący, od środka. Wróciła do pokoju. Michał leżał z nogą założoną na nogę i telefonem w ręku.
Szlafrok rozjechał mu się na brzuchu, a na stoliku stał kubek po kakao. „Aga – rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu. – Skończył się ten ser z niebieską pleśnią. Jak będziesz w sklepie, weź dwa opakowania i zieloną herbatę z jaśminem, bo ta zwykła mnie zamula.
A mamie trzeba było coś dać. Widzisz przecież, że się martwi. ”
Agnieszka stanęła na środku pokoju i popatrzyła na niego, jakby zobaczyła go pierwszy raz. Zdrowy, dorosły chłop, rumiany, z miękkim brzuchem, leżał pod kocem i mówił o zmartwieniach matki, jakby to ona była źródłem całego domowego nieszczęścia.
„Pasztet z promocji może być? ”
Michał aż się podniósł na łokciu. „Ja nie jem takich rzeczy. Przecież wiesz, jestem teraz w procesie.
Organizm potrzebuje dobrego paliwa. Omega, białko, zdrowe tłuszcze. Masz może łososia? ”
„Mam u sąsiadów w akwarium.
Możesz iść złowić. ”
Obraził się natychmiast, z godnością człowieka, którego talent został niezrozumiany przez najbliższych. Agnieszka poszła do kuchni, wyjęła z szuflady stary zeszyt w kratkę i zaczęła liczyć. Pensja była niezła jak na laborantkę w mleczarni, ale wynajem z czynszem zjadał prawie połowę.
Do tego prąd, gaz, jedzenie, bilety, środki czystości. Michał wcześniej zarabiał dobrze, więc mógł z gestem przelewać matce 2500. Agnieszka się nie wtrącała. Jego pieniądze, jego matka.
Ale teraz kranik się zakręcił. Nagle ktoś zapukał mocno i krótko. Na progu stała Zofia, właścicielka mieszkania, potężna kobieta w pikowanej kamizelce, z wielkim rudym kotem na rękach. Kot patrzył na świat z taką pogardą, jakby znał wszystkich lokatorów w mieście i żadnego nie cenił.
„Dzień dobry, kochana. Za przyszły miesiąc i od następnego doliczam 300 zł. Wszystko drożeje. Ja też nie jestem Caritas.
”
Agnieszka bez słowa poszła do pokoju, wyjęła z pudełka odłożoną gotówkę i odliczyła pieniądze. Zofia zajrzała do salonu. Michał natychmiast udał, że jest bardzo zajęty telefonem. „A ten dalej choruje na kanapie?
”
Michał poczerwieniał. „Jestem w okresie zawodowej transformacji. ”
Zofia spojrzała na niego, na Agnieszkę, potem na kota. „Słyszysz, Filemon?
Transformacja. Za moich czasów mówiło się na to lenistwo. ”
Kot miauknął nisko, jakby przyznawał jej rację. Agnieszka zamknęła drzwi i przez chwilę stała nieruchomo.
W mieszkaniu pachniało mokrą szmatą, kakao i tanim płynem do podłóg. Z pokoju dobiegał dźwięk kolejnego filmiku o tym, jak wstać z kanapy i zmienić życie. Tylko że z tej kanapy nikt poza nią nie zamierzał wstawać. I wtedy Agnieszka zrozumiała coś bardzo prostego.
Ona nie prowadziła domu. Ona utrzymywała trzech dorosłych ludzi. Następnego dnia wyszła z pracy wcześniej, bo w laboratorium skończyły się odczynniki do jednej serii badań. Nie miała ochoty wracać od razu do domu.
Szła wolno przez osiedle, mijała warzywniak, aptekę, punkt ksero. Właśnie mijała aptekę, kiedy usłyszała znajomy głos. „No mówię ci, Halinko, cudo jak w sanatorium, tylko że w domu. ”
Przy wejściu do apteki stała Barbara.
Ta sama Barbara, której dzień wcześniej serce kołatało, stawy strzelały, a kręgosłup siadał. Dziś wyglądała jak kobieta, która właśnie wygrała główną nagrodę. Dopasowany płaszcz w kolorze karmelu, czerwone usta, błysk w oku. „Ale co ty właściwie kupiłaś?
” – zapytała drobna kobieta z siatką bułek. Barbara rozejrzała się konspiracyjnie, ale nie dość dokładnie. Agnieszka cofnęła się za reklamowy stojak i zamarła. „Domowe solarium kolagenowe.
Z lampami, z nawiewem, z programem odmładzającym. Pan na prezentacji mówił, że to terapia światłem na skórę, na nastrój, na kości, na wszystko. ”
„Boże kochany, Barbara, a ile takie coś kosztuje? ”
„Normalnie 42000, ale ja trafiłam na specjalną ofertę bez pierwszej wpłaty.
Tylko rata. ”
„42000? Ty chyba oszalałaś. ”
„Oj, nie przesadzaj.
Człowiek całe życie haruje, dzieci wychowuje, obiady gotuje. To chyba na starość coś mu się należy. A rata jest do przeżycia. 2400 miesięcznie.
”
Agnieszce zrobiło się gorąco, mimo że stała na zimnym chodniku. 2400. Czyli prawie cała kwota, którą Barbara co miesiąc żądała na lekarzy. „A Michał wie?
” – zapytała Halinka ostrożnie. Barbara prychnęła. „A po co ma wiedzieć? Syn by mi na solarium nie dał, bo od razu zacząłby marudzić, że fanaberia.
Ale jak matka mówi, że ma serce, ciśnienie i prywatne badania, to syn nie będzie dyskutował. On ma dobre serce, tylko żona go ostatnio źle nastawia. Poza tym Agnieszka teraz musi przejąć płatności. Michał odpoczywa, ma trudny okres, a ona pracuje.
Młoda jest, zdrowa. Niech bierze dodatkowe zmiany. ”
Agnieszka poczuła, jak coś w niej pęka. Nie głośno, nie dramatycznie.
Raczej cicho, jak cienka nitka, która długo była napięta i wreszcie nie wytrzymała. Odwróciła się powoli i odeszła, zanim Barbara zdążyła ją zauważyć. Nie poszła do domu. Skręciła w boczną uliczkę, na mały skwer między blokami.
Usiadła na ławce pod nagim drzewem i patrzyła na szare niebo. Przez głowę przelatywały jej wszystkie rozmowy z ostatnich miesięcy: prywatny kardiolog, badania krwi, zastrzyki na stawy, leki, których NFZ nie refunduje. „Nie mogę się denerwować, bo ciśnienie. ” Michał robił przelew bez mrugnięcia.
Ona milczała, bo myślała: matka to matka, zdrowie to zdrowie. A to było solarium. Świecące kolagenowe solarium za 42000 zł. Agnieszka roześmiała się krótko i sucho, aż starszy pan z pieskiem spojrzał na nią podejrzliwie.
Zaraz jednak śmiech jej przeszedł. Wyjęła telefon i długo patrzyła na ekran. Artur, dyrektor zakładu, mówił jej miesiąc temu, że otwierają nowy oddział w innym mieście. Potrzebowali kogoś, kto zna produkcję, badania jakości, dokumentację i nie boi się bałaganu na starcie.
Wtedy odmówiła. Bo Michał, bo mieszkanie, bo rodzina, bo jakoś to będzie. Teraz już wiedziała, że „jakoś” właśnie się skończyło. Nacisnęła zieloną słuchawkę.
„Panie Arturze, dzwonię w sprawie tego transferu do nowego oddziału. Czy ta propozycja jest jeszcze aktualna? ”
„Aktualna? Ale ja ci od razu mówię, to nie będzie lekka robota.
Nowe miejsce, ludzie niedograni, dokumentacja do ustawienia. Nerwy. Przez pierwsze miesiące może być naprawdę ciężko. Pensja 9500 netto, do tego mieszkanie służbowe.
Małe, ale wyremontowane, blisko zakładu. Tylko Agnieszka, ty masz męża. Michał pojedzie z tobą? ”
„Michał zostanie tutaj.
Ma bardzo ważne sprawy na kanapie. ”
Artur nie odpowiedział od razu. Potem chrząknął. „Rozumiem.
Czyli jesteś zdecydowana? ”
„Tak. ”
„To w poniedziałek przyjdź do kadr. Wyjazd możemy zorganizować pod koniec tygodnia.
”
Agnieszka rozłączyła się i przez chwilę trzymała telefon w dłoni. Nie poczuła strachu. To było najdziwniejsze. Powinna była się bać: nowe miasto, nowa praca, służbowe mieszkanie, życie od zera.
A ona czuła tylko ulgę tak wielką, że aż zakręciło jej się w głowie. Wstała z ławki i poszła do cukierni przy przystanku. Kupiła sobie mały sernik z brzoskwiniami, najdroższy kawałek, jaki mieli w ladzie. Nie dla Michała, nie dla Barbary.
Dla siebie. Do domu wróciła spokojna. Michał nawet nie zapytał, gdzie była tak długo. Leżał na kanapie i oglądał nagranie jakiegoś mężczyzny w garniturze, który krzyczał z ekranu, że sukces zaczyna się od decyzji.
Agnieszka przeszła obok niego z torbą i po raz pierwszy od dawna pomyślała: dokładnie od decyzji. Tylko nikt w tym mieszkaniu jeszcze nie wiedział, że ona swoją już podjęła. Przez cały tydzień Agnieszka była spokojna, aż sama siebie nie poznawała. Wstawała rano, szła do mleczarni, sprawdzała próbki, wpisywała wyniki do tabeli i rozmawiała z dziewczynami zupełnie normalnie, jakby nie nosiła w sobie tajemnicy większej niż ten cały blok.
Po pracy wracała do domu z siatką zakupów. Bez łososia, bez sera z pleśnią, bez wymyślnych herbat. Kupowała kaszę, jajka, twaróg, warzywa, najtańszy chleb i pasztet, który Michał omijał wzrokiem z miną, jakby to była osobista zniewaga. „Aga, naprawdę?
Kasza z sosem? Ja jestem w procesie odbudowy energetycznej. Nie na kolonii w latach 90. ”
„To jest obiad.
Ciepły, ale ciężki. ”
„Człowiek twórczy nie może się zapychać czymkolwiek. ”
„Człowiek twórczy może sobie ugotować coś lżejszego. ”
Michał westchnął tak teatralnie, że aż firanka przy oknie zadrżała.
„Widzisz, właśnie o tym mówię. Zero zrozumienia, zero miękkości. Ja jestem bardzo podatny na atmosferę w domu. Jedno złe słowo i cały mój wewnętrzny kompas się rozjeżdża.
”
Agnieszka słuchała go bez przerywania. O tym, że prawdziwe talenty najpierw bywają odrzucane. O tym, że rynek pracy jest ustawiony pod przeciętniaków. O tym, że on nie może wrócić do byle jakiego zajęcia, bo to by złamało jego rozwój.
O tym, że musi poczekać na znak. Znak, jak rozumiała Agnieszka, miał prawdopodobnie przyjść listem poleconym razem z pensją i miękkim fotelem. Wieczorami dzwoniła Barbara. Raz o 18:00, raz o 19:30, czasem nawet po 21:00, jakby nagle przypomniała sobie, że chore serce ma prawo do całodobowej obsługi.
„Agnieszko, ja już nie mam siły. Dzisiaj tak mi ciśnienie skoczyło, że aż usiadłam na krześle. Prywatna klinika czeka na wpłatę. Lekarz mówił, że takich objawów nie wolno lekceważyć.
”
„Pieniędzy jeszcze nie mam. ”
„To weź zaliczkę albo pożycz, albo poproś w pracy o dodatkowe dyżury. Przecież 2500 to nie jest majątek, kiedy chodzi o zdrowie matki męża. ”
„Poczekam na wypłatę.
”
„Ty chyba nie rozumiesz powagi sytuacji. ”
„Rozumiem więcej, niż pani myśli. ”
Barbara prychała, rzucała coś o niewdzięcznych synowych i kończyła rozmowę. Agnieszka odkładała telefon i wracała do krojenia chleba.
W nocy, kiedy Michał chrapał na kanapie, zwinięty pod kocem jak wielkie dziecko, Agnieszka wyjmowała z szafy ubrania. Robiła to powoli, bez hałasu. Najpierw zimowy płaszcz, potem swetry, bieliznę, dokumenty, kilka zdjęć, małą kosmetyczkę, stary kubek z wyszczerbionym uchem, który dostała kiedyś od koleżanki z pracy. Nie brała wszystkiego, tylko to, co naprawdę było jej.
I z każdym złożonym swetrem czuła, że odzyskuje po kawałku własne życie. Michał niczego nie zauważył. Ani pustej półki w szafie, ani znikających butów, ani tego, że Agnieszka coraz częściej patrzy przez okno, zamiast patrzeć na niego. Był zajęty sobą, swoim kryzysem, swoją wielką przyszłością, która jakoś nie chciała zejść z internetu do ich salonu.
W piątek Agnieszka wstała przed świtem. W mieszkaniu było ciemno i chłodno. Michał spał z otwartymi ustami, a na jego piersi leżał telefon z zatrzymanym filmikiem: „Zmień myślenie, zmienisz życie”. Agnieszka spojrzała na ten napis i prawie się uśmiechnęła.
Wyciągnęła spod łóżka dużą granatową walizkę na kółkach. Postawiła ją w przedpokoju przy ścianie i przykryła starą kurtką Michała, której nie nosił od lat, ale oczywiście nie pozwalał wyrzucić, bo jeszcze się przyda. Potem zaparzyła sobie czarną kawę i napisała wiadomość do Zofii: „Proszę przyjechać dziś około 10:00 po klucze. Rozwiązuję umowę.
Mieszkanie będzie wolne. ”
Odpowiedź przyszła po minucie. „Będę. ”
Michał obudził się dopiero przed 9:00.
Wypełzł z pokoju w bordowym szlafroku, z włosami sterczącymi na wszystkie strony. „Aga, zrobiłaś mi zieloną herbatę z jaśminem? ”
„Czajnik stoi na kuchence. ”
Zatrzymał się w progu, jakby usłyszał coś nieprzyzwoitego.
„Czyli nie zrobiłaś? Nie wiesz, że rano potrzebuję łagodnego wejścia w dzień? Nie mogę tak od razu zderzać się z chaosem. ”
„Herbata to nie chaos, Michał.
To wrzątek i torebka. ”
„Ty to bagatelizujesz, bo nie rozumiesz, w jak kruchym jestem momencie. Ja naprawdę potrzebuję teraz troski, ciepła, komfortu. A ty ostatnio jesteś jakaś zimna.
”
Zanim zdążyła odpowiedzieć, dzwonek zawył długo i nieprzyjemnie. Ktoś naciskał przycisk bez przerwy, z pasją człowieka, który przyszedł żądać. „To pewnie do ciebie – powiedział Michał nerwowo. – Ja dziś nie mam siły na ludzi.
”
„Oczywiście. ”
Otworzyła drzwi. Barbara wpadła do przedpokoju jak burza. Tym razem w eleganckim musztardowym płaszczu i z ustami pomalowanymi tak starannie, jakby wracała nie od lekarza, tylko z imienin u koleżanki.
W ręce ściskała cienką teczkę. „Dość tego! – warknęła od progu, nie zdejmując butów. – Moja cierpliwość się skończyła.
”
„Mamo, nie krzycz od rana – jęknął Michał. – Ty mi rozbijasz skupienie. ”
Barbara nawet na niego nie spojrzała. Weszła do pokoju, potrząsając teczką.
„Mam tu dokumenty z kliniki. Pilne badania, konsultacje, leki. Potrzebuję 2500 dzisiaj, natychmiast. ”
„Mamo, spokojnie.
”
„Nie będę spokojna! Twój mąż jest w kryzysie, szuka swojej drogi. To święta rzecz. Ale ty jesteś żoną.
Ty masz teraz wziąć na siebie ciężar rodziny. Tak działa małżeństwo. ”
Michał ku jej obrzydzeniu pokiwał głową. „No właśnie, Aga.
Mama ma rację. Jak jedno z nas jest słabsze, drugie powinno podstawić ramię. Możesz wziąć dodatkowe zmiany albo pożyczyć. Przecież to przejściowe.
”
Barbara wypięła pierś triumfalnie. „Żona musi dzielić trudy męża. A skoro matka męża cierpi, to też jest wasza sprawa. Rodzina to nie dekoracja na święta, tylko obowiązek.
”
W pokoju zrobiło się duszno od ich wspólnej bezczelności. Agnieszka spojrzała najpierw na Barbarę, potem na Michała. Powoli odstawiła kubek na stół, wyprostowała się i nagle uśmiechnęła szeroko, jasno, prawie radośnie. „Ma pani rację, Barbaro.
Absolutną rację. Żona powinna dzielić wszystkie trudności męża. Przecież od tego jest małżeństwo. ”
„No właśnie – Barbara uśmiechnęła się zwycięsko.
– Wreszcie coś do ciebie dotarło. To teraz przynieś pieniądze, bo ja nie mam całego dnia. ”
Agnieszka rozłożyła ręce. „Tylko że pieniędzy nie ma.
”
W pokoju zapadła cisza. Michał, który właśnie brał łyk herbaty, zamarł z kubkiem przy ustach. Barbara mrugnęła raz, potem drugi, jakby próbowała przetłumaczyć te słowa na wygodniejszy język. „Jak to nie ma?
”
„Normalnie. Nie ma ani grosza. Posłuchałam pani rady i postanowiłam dzielić trudności męża. Skoro Michał może leżeć na kanapie i szukać siebie, to ja też mogę.
Zwolniłam się. ”
Michał zakrztusił się herbatą i zacharczał. Barbara pobladła pod pudrem. Jej usta, jeszcze przed chwilą zaciśnięte w triumfie, zaczęły drżeć.
„Zwolniłaś się? Ale jak to? Kto teraz będzie płacił moją ratę za…”
Urwała nagle i zakryła usta dłonią. Za późno.
Słowo zawisło w powietrzu jak ciężki garnek, który zaraz spadnie komuś na głowę. Michał powoli odstawił kubek. „Jaką ratę, mamo? ”
Barbara odwróciła wzrok.
„Żadną. Przejęzyczyłam się. Chodziło mi o leczenie, o klinikę. ”
„Przed chwilą powiedziałaś »ratę«.
Jaką ratę? ”
Agnieszka zrobiła krok do przodu. „No właśnie, Barbaro. Może tę za domowe solarium kolagenowe?
”
Barbara zesztywniała. Michał spojrzał to na żonę, to na matkę. „Jakie solarium? ”
Agnieszka mówiła spokojnie, ale każde słowo było ostre jak nóż do chleba.
„Twoja biedna, schorowana mamusia nie wydawała pieniędzy na prywatnych lekarzy, badania ani leki. Nie było żadnych cudownych konsultacji, żadnych nagłych terapii. Było domowe solarium kolagenowe za 42000 zł na kredyt, z ratą 2400 miesięcznie. ”
Michał otworzył usta, ale przez chwilę nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
„Mamo. To prawda? ”
Barbara uniosła brodę. Skoro tajemnica pękła, natychmiast przeszła do ataku.
„A nawet jeśli prawda, to co? Jestem twoją matką. Całe życie sobie odmawiałam. Ciebie karmiłam, ubierałam, do szkoły prowadzałam.
Należy mi się coś od życia. Solarium za 42000. ”
„Ty brałaś ode mnie pieniądze na lekarzy! ”
„Bo na solarium byś mi nie dał.
”
„Oczywiście, że bym nie dał, bo nie jestem kompletnym idiotą. ”
„Nie podnoś na mnie głosu. Jestem matką. Syn ma obowiązki wobec matki.
”
„A matka ma prawo okłamywać syna? ”
„Przez tyle miesięcy robiłaś ze mnie frajera. ”
„A ty co robisz? – odcięła się Barbara, wskazując palcem jego szlafrok.
– Leżysz tu jak król bez królestwa i opowiadasz o energii. Do pracy byś poszedł, a nie filozofował pod kocem. Kredyt sam się nie spłaci. ”
„To twój kredyt!
Ale ty jesteś moim synem! ”
„A ty jesteś oszustką! ”
Zaczęli krzyczeć jedno przez drugie. Barbara o poświęceniu, porodzie i niewdzięczności.
Michał o kłamstwach i zniszczonej aurze. Wyglądali jak dwoje ludzi, którzy przez lata karmili się wzajemnym egoizmem, a teraz nagle odkryli, że rachunek przyszedł do zapłaty. Agnieszka zerknęła na zegar. Była 10:00.
W tej samej chwili w zamku zazgrzytał klucz. Drzwi otworzyły się szeroko i do przedpokoju weszła Zofia. W jednej ręce trzymała torbę, w drugiej transporter, z którego z godnością wysunął się rudy Filemon. Kot spojrzał na całe towarzystwo z miną sędziego, który już zna wyrok.
„Co tu za cyrk? ” – zapytała Zofia basem. Agnieszka podeszła do szafki, zdjęła z haczyka komplet kluczy i położyła je na blacie. „Tak jak pisałam, oddaję mieszkanie.
”
Krzyki w pokoju ucichły. Michał odwrócił się gwałtownie. „Jak to oddajesz mieszkanie? ”
Agnieszka zdjęła starą kurtkę z walizki.
Granatowa walizka stała gotowa, z wysuniętą rączką. „Normalnie. Umowa rozwiązana. Pani Zofia odbiera klucze.
”
„Aga… to gdzie ja pójdę? ”
„Do mamy. Skoro rodzina to obowiązek, na pewno cię przyjmie. ”
Barbara aż otworzyła usta.
„Do mnie z nim? A gdzie ja go położę? ”
„Przy solarium. Możecie się wymieniać.
Raz on na kanapie, raz pani w świetle kolagenowym. Jakoś podzielicie rodzinne trudy. ”
Zofia parsknęła tak głośno, że Filemon poruszył wąsami. Michał zbladł.
„Przecież mówiłaś, że się zwolniłaś. ”
Agnieszka uśmiechnęła się lekko. „Powiedziałam tak, żeby zobaczyć, kto pierwszy zapomni własnej bajki. Nie zwolniłam się.
Przeniosłam się do innego miasta. Mam nową posadę. 9500 zł netto i mieszkanie służbowe. Wyjeżdżam dzisiaj.
”
Michał patrzył na nią tak, jakby ktoś wyjął mu spod pleców całą kanapę. „Ale ja nie mam pieniędzy. Nie mam pracy. Co ja mam teraz zrobić?
”
„To samo, co radziłeś mnie. Znaleźć rozwiązanie, pożyczyć, wziąć dodatkową zmianę. Podstawić ramię rodzinie. ”
Zofia huknęła:
„Dobra, koniec przedstawienia.
Macie chwilę, żeby zebrać swoje rzeczy. A jak będziecie mi wrzeszczeć, to Filemon was pogoni. On nierobów nie znosi. ”
Filemon syknął cicho, dla porządku.
Agnieszka chwyciła rączkę walizki. „Barbaro, zabiera pani syna. Jego kryzys, jego kanapa i pani kredyt za domowe solarium to od dziś wasze wspólne rodzinne trudności. Proszę je sobie dzielić sprawiedliwie.
”
Nie czekała na odpowiedź. Otworzyła drzwi, wyprowadziła walizkę na klatkę i zaczęła schodzić po schodach. Za plecami znów wybuchła kłótnia. Barbara krzyczała, że syn ją wykończy.
Michał wrzeszczał, że matka zrujnowała mu życie. Zofia dobijała ich basem, żeby nie porysowali podłogi. Na zewnątrz powietrze było ostre i chłodne. Agnieszka stanęła przed blokiem, wyjęła telefon i zamówiła taksówkę na dworzec.
Granatowa walizka stała obok niej. Po raz pierwszy od wielu lat wzięła głęboki oddech i poczuła, że naprawdę ma czym oddychać.


