Mama, Bożena, poprawiała apaszkę pod szyją, jakby przyszła tylko na chwilę załatwić sprawę i wracać do swoich zajęć. A potem odwróciła się do mnie. Ganek zapadł się z jednej strony, tak że deski wyglądały, jakby zaraz miały wpaść do ziemi. „My już pojedziemy, bo ojciec ma jeszcze coś do załatwienia” – powiedziała.

Weszłam do środka ostrożnie. Gdzieś na górze poruszyła się luźna okiennica i stuknęła raz, potem drugi, jak ktoś cicho pukający do drzwi. Tydzień później pojechałam do rodziców. Zamilkłam, a potem wróciłam do domu po babci Zofi i założyłam własną teczkę.
Pracowałam wtedy normalnie od rana do popołudnia, a potem zamiast wracać do ciepłego mieszkania i robić sobie herbatę, jechałam pod Kraków do domu po babci Zofii. A ja się śmiałam, choć czasem wcale mi do śmiechu nie było. Przez trzy lata włożyłam w ten dom prawie 80 000 zł. Sąsiedzi najpierw patrzyli z daleka, potem zaczęli podchodzić do płotu.
Babcia Zofia przyjechała do mnie jeszcze tej jesieni. Po pogrzebie, kiedy wszyscy stali jeszcze przed kościołem i mówili te same ciche zdania, podszedł do mnie mecenas Jerzy. Schowałam wizytówkę do starej skrzynki z narzędziami babci i przez długi czas nawet o niej nie myślałam. Raz do kanapy, raz do częszu, raz do raty za telefon, parę tysięcy tu, parę tysięcy tam.
A ja w tym czasie liczyłam, czy mogę kupić nowe listwy, czy lepiej poczekać do następnej wypłaty. Moja siła nigdy nie była dla nich powodem do dumy. Wróciłam wtedy do domu po babci i długo siedziałam w kuchni bez światła. Kotem wstałam, dopisałam kolejny rachunek do teczki i poszłam szlifować drzwi znalezione w piwnicy.
Dom po babci Zofii został wpisany do gminnej ewidencji zabytków jako budynek o lokalnej wartości historycznej. Przez trzy lata słyszałam, że mam zajęcie, fanaberie, dom do odświeżenia. Byłam przyzwyczajona do tego, że w mojej rodzinie cierpliwość znaczyła siedź cicho i nie przeszkadzaj. Trochę ponad 20 000 zł.
Coś nieprzyjemnego, ale nie do ruszenia. Ty możesz na razie wrócić do nas albo wynająć pokój. Wstałam, poszłam do starej skrzynki z narzędziami i wyjęłam wizytówkę, którą dostałam po pogrzebie babci od mecenasa Jerzego. Dom miał przejść na osobę, która przez trzy lata będzie w nim mieszkać, remontować go, dokumentować pracę i doprowadzić do uznania jego wartości.
Czyli, czyli dom należy do pani, pani Magdo, zgodnie z wolą pani Zofii. Ale w sieni stał już mecenas Jerzy, a obok niego Bogdan z dokumentami i tabliczką do zamontowania. Dom nie był do podziału. Miał trafić do tej osoby, która go ocali.
Bo czasem być dobrą córką nie znaczy dawać z siebie wszystko aż do końca.


