Ciemne włosy zaczesane do tyłu i twarz, która potrafiła ukryć wszystko, co naprawdę czuł. Przechodnie skuleni pod parasolami przemykali wzdłuż Agrykoli, a liście kasztanowców, mokre od listopadowego deszczu, leżały przyklejone do chodnika jak zapomniane listy. Słowa były te same – proste, bezpośrednie, pilne. „Wyjdź do łazienki, powiem ci wszystko”.

Marta odłożyła telefon na stół ekranem do dołu, schowała go do torebki, spojrzała na swoje odbicie ostatni raz i zamiast wrócić do stolika, do Piotra, do kieliszków wina i pięknych kłamstw, poszła w stronę głębi restauracji, gdzie migotało światło kuchennego wyjścia. Kiedy zobaczyła Martę, kobieta zrobiła krok do przodu. Była niższa, niż Marta początkowo myślała – może 165 centymetrów, z krótkimi ciemnymi włosami przyciśniętymi do głowy przez wilgoć listopada. „Zanim wrócimy do początku, muszę wiedzieć jedno” – powiedziała spokojnie.
Coś w jej tonie, ta rzeczowa pewność, sprawiło, że Marta sięgnęła do torebki bez dalszych pytań. Piotr przyniósł do domu teczkę z dokumentami i powiedział, że to rutynowe papiery do podpisu. Zofia sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyjęła wizytówkę. Marta złożyła dokumenty, włożyła je z powrotem do koperty i ścisnęła mocno pod pachą.
Jutro zadzwoni do Aleksandry. Zofia zrobiła krok do tyłu w kierunku samochodu. Marta weszła z powrotem przez tylne drzwi restauracji, minęła kuchnię pachnącą masłem i rozmarynem i wróciła korytarzem do sali głównej. „Kolejka do łazienki” – powiedziała, siadając naprzeciwko Piotra.
Jakiś mały, cichy głos podpowiedział jej, że od teraz jest inna. Kobieta, która weszła do tej restauracji trzy godziny temu, i ta, która teraz siedzi przy tym stoliku, to już nie są te same osoby. Jutro wszystko się zacznie. Wstała cicho w nocy, narzuciła szlafrok i poszła do kuchni.
O ósmej rano, gdy Piotr wychodził do pracy, pocałował ją w czoło przy drzwiach, tak jak co dzień, jakby nic. „No dobrze” – powiedziała wreszcie Aleksandra, odkładając ostatnią stronę. „Jeśli dobrze interpretuję tę korespondencję, pani mąż zamierza złożyć dokumenty do rejestru w ciągu najbliższych siedmiu do dziesięciu dni. To jest podstawa do unieważnienia”.
Marta zastanowiła się przez chwilę, czy powinna zapytać, jak to możliwe, i doszła do wniosku, że nie. Aleksandra mówiła dalej: „Po drugie, potrzebuję od pani pełnomocnictwa do działania w pani imieniu. Po trzecie, proszę zebrać jak najwięcej dokumentów, do których ma pani dostęp”. Zadzwoniła do siostry Karoliny, która mieszkała na Pradze Północ i była jedyną osobą, której Marta ufała bezwarunkowo od dzieciństwa.
„Karo” – powiedziała, gdy siostra odebrała. „Czy mogę dziś wieczór przyjść do ciebie? ”
Wsiadła do taksówki i podała adres na Mokotów. Musiała wrócić do domu przed Piotrem.
Wyciągi bankowe z ostatnich czterech lat, kopie umów spółki, korespondencję mailową ze wspólnego serwera – przekazała to wszystko Aleksandrze, która pracowała systematycznie i cicho jak dobry zegarmistrz, rozbierając mechanizm na części, rozumiejąc każdy trybik, przygotowując się do momentu, kiedy będzie można go zatrzymać. Tego samego wieczoru, kiedy Piotr wrócił do domu, Marta stała przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyła na miasto. Kiedy wszedł do salonu, spojrzał na nią i coś drgnęło w jego twarzy. „Tak” – powiedziała Marta i odwróciła się do niego.
„Chcę, żebyś wiedział, że jutro rano wyjeżdżam do Karoliny”. Odłożyła telefon do kieszeni, wypiła łyk kawy, spojrzała na kamienice wokół, odbudowane po wojnie, cegła po cegle, przez ludzi, którzy postanowili nie odpuszczać.


