Moja siostra stanęła przed sądem i powiedziała, że nie jestem w stanie sama decydować o swoim życiu. To miało być zwykłe wtorkowe popołudnie, a ja słuchałam, jak kobieta, z którą wychowywałam się…

Moja siostra stanęła przed sądem i powiedziała, że nie jestem w stanie sama decydować o swoim życiu. To miało być zwykłe wtorkowe popołudnie, a ja słuchałam, jak kobieta, z którą wychowywałam się...

Nazywam się Natalia Sikorska i nigdy nie zapomnę chwili, gdy moja siostra Beata spojrzała na sędzię i powiedziała, że nie jestem w stanie sama kierować swoim życiem. Siedziałam w sali nr 3 Sądu Okręgowego w Warszawie przy alei Solidarności, a moje dłonie drżały pod stołem. Do trzydziestych urodzin zostały mi dwa tygodnie, a zamiast świętowania słuchałam, jak własna siostra próbuje przekonać sąd, że powinnam zostać częściowo ubezwłasnowolniona. „Beato, naprawdę to robisz?

Thumbnail

” – zapytałam cicho, gdy zajmowałyśmy miejsca. Ona nawet nie odpowiedziała. Patrzyła przed siebie, jakby mnie tam w ogóle nie było. Żeby zrozumieć, jak do tego doszło, trzeba cofnąć się o cztery lata.

Do dnia, w którym zmarł nasz ojciec Kazimierz Sikorski. Zawał serca dopadł go w naszym domu w Konstancinie, w środku zwykłego wtorkowego popołudnia. To on nauczył mnie samodzielności, ale jego śmierć zwaliła mnie z nóg na długie miesiące. Nie wstawałam z łóżka, chodziłam do psychiatry na Puławskiej, brałam leki.

To był prawdziwy kryzys – ale też coś, z czego wyszłam. Wróciłam do pracy, wróciłam do życia. Nie wiedziałam, że tamte trudne chwile staną się dla Beaty ostatnią szansą. Miesiąc przed rozprawą zadzwonił do mnie Cezary Kowalczyk, wieloletni kontroler finansowy w firmie ojca.

Przyniósł teczkę pełną wydruków. Przelewy do firm konsultingowych, które istniały tylko na papierze. Faktury za usługi, które nigdy nie zostały wykonane. Ukryte długi Beaty przekraczały osiemset tysięcy złotych, a suma defraudacji sięgała około sześciuset pięćdziesięciu tysięcy.

Beata znalazła psychologa, doktora Damiana Urbańskiego, który sporządził opinię sugerującą, że mam uporczywe trudności w podejmowaniu racjonalnych decyzji finansowych i skłonność do lękowego myślenia. Ale to nie to samo, co niezdolność do myślenia. Moja prawniczka Aleksandra odkryła powiązania między Beatą a fikcyjnymi spółkami, podejrzane przelewy, sfałszowany dokument spadkowy i maile, w których siostra pisała wprost do swojego pełnomocnika, że musi „uporządkować sprawę”. Najgorsze było jednak nagranie na sekretarce.

Beata przypadkiem zostawiła wiadomość, myśląc, że dzwoni do swojej wspólniczki. Mówiła, że jak tylko wszystko się wyjaśni, to wszystko wróci do normy. Kiedy Beata i mama złożyły zeznania, powołując się na moją depresję sprzed lat jako dowód niezdolności do zarządzania majątkiem, Aleksandra wstała. Powiedziała wprost, że to Beata jako dyrektorka rodzinnej firmy doprowadziła do zniknięcia około sześciuset pięćdziesięciu tysięcy złotych przez fikcyjne spółki konsultingowe.

I że opinia doktora Urbańskiego nie spełnia standardów bezstronności, bo została sporządzona, zanim jeszcze doszło do spotkania ze mną. Sędzia Gajewska oddaliła wniosek o częściowe ubezwłasnowolnienie i skierowała sprawę do prokuratury w celu zbadania podejrzenia oszustwa finansowego oraz fałszerstwa dokumentów. Mama przyznała się do podpisania fałszywych oświadczeń i współudziału w całym planie. Ale to nie był koniec.

Cezary miał rację, mówiąc, że ludzie, którzy przeżyli trudny okres i zostali oskarżeni o niezdolność do samodzielnego funkcjonowania tylko po to, by ktoś inny przejął kontrolę nad ich majątkiem, muszą walczyć do końca. Droga do udowodnienia prawdy okazała się znacznie trudniejsza, niż ktokolwiek mógł przewidzieć.