Wyszła za mąż za mojego najlepszego przyjaciela, a ja dowiedziałem się o tym przypadkiem – z zaproszenia na Facebooku. Przez dziesięć lat byliśmy nierozłączni, ślubowaliśmy sobie, że będziemy dla…

Wyszła za mąż za mojego najlepszego przyjaciela, a ja dowiedziałem się o tym przypadkiem – z zaproszenia na Facebooku. Przez dziesięć lat byliśmy nierozłączni, ślubowaliśmy sobie, że będziemy dla...

Siedziałem na tarasie, zmęczony po całym tygodniu roboty na warsztacie, gdy moja żona Agata podeszła do mnie i powiedziała: „Zrób dzisiaj live’a. Ludzie z tego czerpią korzyści, podpowiadaj im na pytania”. Nie chciało mi się, ale posłuchałem. Włączyłem kamerkę w telefonie, a ona usiadła obok, zaczytana w książce.

Thumbnail

Za płotem sąsiad świętował urodziny – muzyka grała, ludzie się śmiali. Mnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, uważam, że każdy ma prawo się bawić. Na czacie od razu pojawili się znajomi.

Ktoś zapytał o przygotowania do urlopu. Miałem jutro jechać w Bieszczady, a potem szykowaliśmy się na dłuższy wyjazd. Żona właśnie oznajmiła, że zabukowała parcelę w Chorwacji. Ja tylko westchnąłem: „No to już jesteśmy zgubieni”.

Ale rozmowa szybko zeszła na warsztatowe tematy. Ktoś pytał o Vectrę C, która ciężko pali na zimnym. Doradziłem, żeby sprawdzić ciśnienie paliwa manometrem, bo to wygląda na zapowietrzony układ. Inny znajomy opisywał stukanie w prawym kole po uderzeniu w krawężnik.

Od razu wiedziałem, o co chodzi – najprawdopodobniej drążek kierowniczy, nie końcówka. Po uderzeniu w dziurę to najczęściej drążek strzela. Potem temat zszedł na coś, co naprawdę mnie wkurza – na preparaty typu ACfix, czyli nabijanie klimatyzacji LPG zamiast właściwego czynnika. Ludzie reklamują to jako zamiennik, a to zwykłe oszustwo.

Owszem, kompresor na tym zadziała, ale taki samochód staje się jeżdżącą bombą. Przy zderzeniu butla z LPG może wybuchnąć, pożar może przenieść się na inne auta. Ktoś, kto nabija taki gaz, podpisuje wyrok nie tylko na siebie, ale i na innych uczestników ruchu. Mówiłem o tym głośno od dawna.

Nawet firma proponowała mi dwa lata stałej umowy za dwieście tysięcy złotych za reklamowanie czegoś takiego. Odmówiłem kategorycznie. Nie chcę mieć niczyjej krzywdy na sumieniu. „To działa i będzie działać – tłumaczyłem.

– Tylko chodzi o to, żeby oszukać klienta, który myśli, że ma normalnie nabitą klimę”. Sam raz o mało nie straciłem przez to ośmiu kilogramów czynnika R134, bo gość nie powiedział mi, że ma wbite LPG. Musiałem czyścić całą maszynerię na własny koszt, a to było trzy i pół tysiąca złotych. Zresztą, gdy dodzwoniliśmy się do ministerstwa, pani w słowotoku przyznała, że takie preparaty są zgodne z prawem.

„No to legalnie możemy ludzi zabijać i nic nam nie będzie” – zaśmiałem się gorzko. Przy okazji opowiedziałem o naszym nowym kurierze. Do tej pory woził nam paczki Ukrainiec – fantastyczny gość, stawialiśmy się na rzęsach, żeby zdążyć na jego godzinę. Jak potrzebował skończyć wcześniej, robiliśmy wszystko, żeby o dziesiątej miał paczki.

On z kolei potrafił przyjechać i czekać trzy godziny, gdy my potrzebowaliśmy więcej czasu. Teraz mamy Polaka, który przedstawił się z najgorszej strony. Ma stały odbiór, a mimo to trzy razy przejechał koło naszych drzwi, zostawił auto, poszedł do galerii i przez cały dzień nie odebrał paczki. Następnego dnia zapytałem, dlaczego nie zgłosił się po przesyłkę.

„Bo nie miałem czasu” – odpowiedział. Na uwagę, że wystarczyło zapukać w szybę, odparł: „No nie miałem czasu i co mi zrobisz? ”. Płacę dziesięć tysięcy złotych za przesyłki co dwa tygodnie, więc chyba mogę wymagać, żeby kurier robił to, o co proszę.

Zapowiedziałem, że zgłoszę to do firmy kurierskiej. Wspominałem też o naszym poprzednim warsztacie i facecie, który nas blokował. Przez niego musiałem przebudować cały sklep, żeby boty się odbijały, i wysłać zmianę adresową. Teraz mamy nową lokalizację – warsztat w galerii w Oławie, tuż przy głównym wejściu.

Ktoś wrzucił filmik, jak Julka wymienia olej w Mercedesie, i przed naszym wjazdem stanęło piętnaście osób, żeby popatrzeć. Śmiałem się z tego, ale było mi miło. Opowiadałem o nowym miejscu z dumą. Każde stanowisko dostało nowe meble, nowe narzędzia.

Krzyś, który już wcześniej pojawiał się na YouTubie, będzie pracował u Misia Puchatka – bo ja, jako wódz Apaczów, będę siedział w trzeciej części warsztatu, na samym końcu, w ciszy i spokoju. Pierwsze stanowisko jest połączone z drugim korytarzem, więc chłopaki będą mogli sobie machać. Jest kuchnia, szatnia, łazienka, a od zewnątrz wejście do wulkanizacji – będziemy obsługiwać nawet koła 24-calowe. Planuję postawić wiatę przelotową, żeby wymiana opon mogła się odbywać na zewnątrz, pod daszkiem, bez padania deszczu na głowę.

Zresztą, cała przeprowadzka wyszła nam trochę z przymusu. Mieliśmy budować halę na dzierżawionej ziemi, czekaliśmy na pozwolenie na budowę. Miało trwać dwa, trzy miesiące, a weszły jakieś ekipy od poszukiwań skarbów i przeciągnęły to do roku. Nie mogłem tyle czekać bez pracy, więc wynajęliśmy warsztat.

Pięć tysięcy złotych miesięcznie, ale ogrzewanie gazowe na całej powierzchni, murowany budynek, latem przyjemnie chłodno, a zimą będzie ciepło. W środku zmieścimy trzy podnośniki, a jak będzie trzeba, to na zewnątrz w blaszaku postawimy kolejne dwa. Jest nawet kanał, więc obsłużymy każdy samochód – od osobówki po busa. Ktoś zapytał, czy warto zakładać rozrząd Gatesa.

Przyznałem, że montuję ich bardzo dużo i jakoś nie mam z nimi problemów, w przeciwieństwie do Continentala czy Boscha. „Ale to tylko moja opinia” – zastrzegłem. Inny znajomy dopytywał o wymianę szpilek w Passacie 1. 9 TDI.

Potwierdziłem, że to pięta achillesowa tej głowicy – szpilka ósemka potrafi wyrwać gwint w dziewięćdziesięciu procentach przypadków. Trzeba je wymieniać, gwintować nowe na klej i po sprawie. Gdy rozmowa zeszła na temat ekspresu i wyposażenia, wyjaśniłem, że wszystko kupiliśmy z odstępnego, które zapłaciliśmy za przejęcie tamtego warsztatu. Podnośnik, maszyny do wulkanizacji, monitoring, meble do biura – mnóstwo rzeczy.

Z tamtego warsztatu został mi jeszcze jeden podnośnik, który planuję sprzedać i kupić nożycowy, lepszy do wulkanizacji. Wieczór powoli dobiegał końca. Zrobiło się ciemno, na dworze było już po dziewiątej. Żona i córka poszły spać, a ja zostałem na tarasie, rozmawiając z ludźmi na czacie.

Ktoś pytał o zdrowie, ktoś o plany na przyszłość. Przyznałem, że najchętniej kupiłbym własną ziemię i postawił coś naprawdę swojego, tak żeby zostawić coś dzieciom. „Fajnie byłoby odchodzić z tego świata z poczuciem, że coś komuś zostawiasz” – powiedziałem. W końcu rodzinka już mnie zostawiła, więc oznajmiłem, że kończę.

Rano trzeba wstać, pozbierać szkło w przyczepie i szykować się do wyjazdu. Pożegnałem wszystkich, życzyłem dobrej nocy. Jutro ruszamy – najpierw Bieszczady, potem Chorwacja.

A po powrocie czeka na nas nowy warsztat, który od trzeciego rusza z pełną parą.