Usłyszałem to przy stole, przy jedenastu osobach, na urodzinach mojej córki. Mój zięć, który właśnie dostał ode mnie 90 tysięcy do mieszkania, zaśmiał się i powiedział: „Mój teść to zwykły tokarz….

Usłyszałem to przy stole, przy jedenastu osobach, na urodzinach mojej córki. Mój zięć, który właśnie dostał ode mnie 90 tysięcy do mieszkania, zaśmiał się i powiedział: „Mój teść to zwykły tokarz....

Pierwszy raz usłyszałem to zdanie przy stole, przy jedenastu osobach, w sobotę na urodzinach mojej córki w restauracji na Mariackiej. Mój zięć, Damian, odwrócił się do gości i powiedział: „Mój teść to zwykły tokarz. Niech siedzi cicho. On i tak nie rozumie, o czym mówimy”.

Thumbnail

Ludzie zaśmiali się tak, jak śmieje się, gdy ktoś rzuci coś zręcznego i trzeba to jakoś zamknąć. Ja też się zaśmiałem, bo taka była uroczystość. Ale w jednym słowie miał rację. Jestem tokarzem.

Uczyłem się tego fachu cztery lata w technikum na Rozińskiego i kolejne trzydzieści przy maszynie. Gdybym tamtego wieczoru chciał mu odpowiedzieć, mógłbym powiedzieć jedno: 61% obrotu firmy, w której on pracuje, przechodzi przez moje maszyny. Każdy siłownik, który sprzedają do kopalń, ma w środku detal wytoczony w hali trzy kilometry od tej restauracji. Nie powiedziałem tego wtedy.

Nie powiedziałem tego nigdy. I może właśnie dlatego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Nazywam się Andrzej Pietrzyk. Mam 58 lat.

Mieszkam w Katowicach, w Szopienicach, dwie ulice od miejsca, gdzie stała huta. Prowadzę zakład obróbki skrawaniem. Siedem maszyn CNC, dwie tokarki konwencjonalne, 31 osób na produkcji, dwie zmiany, a w sezonie trzy. Na bramie wisi tabliczka „Pietmet”.

Robimy detale, których nikt nigdy nie widzi. Tuleje, tłoczyska, korpusy rozdzielaczy. Rzeczy, które siedzą w środku innych rzeczy i mają jedno zadanie: nie zawieść 800 metrów pod ziemią. Jestem cichy.

Trzydzieści lat w hałasie robi z człowieka kogoś, kto nie podnosi głosu nawet w kuchni. Ojciec przepracował w hucie 38 lat. Kiedy zdałem egzamin zawodowy, dał mi suwmiarkę czeską w drewnianym etui i powiedział tylko: „Ta nie kłamie. Ludzie kłamią”.

Leży u mnie w biurku do dziś. Jadzię poznałem w 88 w tramwaju. Pracowała w księgowości kopalni Wieczorek. Pobraliśmy się rok później.

Firmę otworzyłem w 96 w wynajętej hali z jedną tokarką kupioną z upadłości za 4000 złotych. Ta tokarka stoi u mnie do dziś. Nie sprzedam jej. Raz w tygodniu, w sobotę rano, sam na niej coś toczę.

Chłopaki wiedzą, że wtedy się do mnie nie mówi. Jadzia prowadziła mi papiery przez 15 lat. Umarła w 2013, we wrześniu. Karolina miała wtedy 19 lat i drugi rok studiów.

Następne cztery lata to była nauka nowego zawodu – jak być ojcem dorosłej córki, która straciła matkę. Karolina skończyła zarządzanie, poszła do pracy. Kiedy kupowała z Damianem mieszkanie, dołożyłem im 90 000 do wkładu. Bez umowy, bez papierka.

Byłem wtedy dumny, że mogę. Damiana poznałem w 2020. 34 lata, wysoki, elokwentny. Pracuje w Hydroteku pod Tychami, w sprzedaży, segmencie eksportowym.

Zna prezentację, marżę i klientów. Nigdy w życiu nie był na hali produkcyjnej dłużej niż 15 minut, bo w takich firmach hala to operacje, a operacje mają swojego dyrektora. Z Hydrotekiem współpracuję od 2016, czyli cztery lata przed tym, zanim Damian pojawił się przy naszym stole. Umowa ramowa na czas nieokreślony z sześciomiesięcznym okresem wypowiedzenia.

Dostarczam im tłoczyska i korpusy do serii, która idzie do kopalń. Zdobycie kwalifikacji dostawcy zajęło 18 miesięcy. Badania materiałowe, atesty, audyty. Zmiana dostawcy takiego detalu to nie jest telefon i zamówienie.

To jest od pięciu do siedmiu miesięcy prób, pomiarów i zatwierdzeń u klienta końcowego. Jeszcze dwie rzeczy z tamtych lat, nudne, ale ważne. Od czterech lat nie podniosłem Hydrotekowi cen ani razu. Stal poszła w górę, energia poszła w górę, płace na hali poszły w górę o 40%, a ja podpisywałem ten sam aneks z tą samą tabelką.

Moja kontrolerka, pani Marzena, przynosiła mi we wrześniu wyliczenia i mówiła: „Panie Andrzeju, my na tym kontrakcie dokładamy”. Odpowiadałem jej zawsze tak samo: po drugiej stronie siedzi rodzina. Druga rzecz. Od dwóch lat odmawiam pewnej firmie z Nadrenii, która chce ode mnie serię na trzy lata.

Nie mam mocy przerobowych, bo 61% hali chodzi na jeden kontrakt. Ich zapytanie leży u mnie w szufladzie, odświeżane co pół roku. I ostatnia rzecz, ta, która bolała najbardziej. Na 22 listopada miałem umówioną wizytę u notariusza.

Darowizna 40% udziałów w spółce dla Karoliny i Damiana. Chciałem to zrobić na ich trzecią rocznicę. Nie powiedziałem o tym nikomu. Lubię, jak takie rzeczy się dzieją, a nie zapowiadają.

Wesele mieli we wrześniu 2021. Stałem przy barze z ojcem Damiana, mecenasem Ruszczykiem, kiedy podszedł jego kolega i zapytał, kim jestem. Damian odpowiedział za mnie, klepiąc mnie po plecach: „To tata Karoliny. Ma taką małą ślusarnię w Szopienicach”.

Powiedziałem tylko: „Tak jest”. Człowiek, który przez 30 lat tłumaczy klientom różnicę między tolerancją H7 a H8, wie, że większość ludzi i tak zapamięta go jako pana od metalu. W lutym 2022 kupowali mieszkanie w Brynowie. Przelałem im 90 000 w dwóch transzach.

W maju na grillu u teściów Damiana Alina, jego matka, wykładowczyni, powiedziała przy stole: „Jak to ładnie, że młodzi sami dali radę z wkładem”. Damian potwierdził: „No, Karolina odkładała od studiów”. Spojrzałem na córkę. Karolina spojrzała w talerz i nie powiedziała nic.

To był pierwszy raz, kiedy zabolało mnie nie to, co powiedział zięć, tylko to, czego nie powiedziała moja córka. Drobiazg. W mojej robocie drobiazgi nazywa się inaczej. Bicie osiowe.

Setne części milimetra, których nie widać na oko, dopóki nie zaczną się sumować. Wigilia 2023. U nich w Brynowie. Przyjechałem prosto z zakładu, bo do 22 grudnia realizowaliśmy pilną serię.

Alina przechodząc z półmiskiem powiedziała lekko, jakby żartem: „Panie Andrzeju, może niech pan usiądzie tu na krześle, bo kanapa jest jasna, a pan pewnie prosto z pracy”. Damian roześmiał się i dorzucił: „Tato, weź gazetę podłóż”. Cisza trwała może dwie sekundy, bo Karolina bardzo szybko zapytała, kto chce barszczu. Usiadłem na krześle.

Zjadłem. Wypiłem herbatę. O 21 powiedziałem, że rano mam odbiór, i pojechałem. Po drodze zatrzymałem się na stacji.

Kupiłem kawę z automatu i wypiłem ją na parkingu w samochodzie, patrząc na dystrybutory. Ścisnąłem papierowy kubek odrobinę mocniej niż trzeba. To jeszcze nie było najgorsze. Restauracja na Mariackiej, 11 osób.

My, Ruszczykowie, dwie koleżanki Karoliny z mężami, wspólnik mecenasa. Do połowy wieczoru rozmawialiśmy o normalnych rzeczach. Potem mecenas zapytał Damiana o pracę, a Damian zaczął opowiadać o kontrakcie, który – cytuję – ratuje im cały kwartał. Duża seria dla spółki górniczej.

Dostawy od stycznia w trzech transzach z karami umownymi za opóźnienie. Siedziałem po jego lewej. Wiedziałem o tej serii wszystko, bo mój zakład przyjął zamówienie na komponenty do niej trzy tygodnie wcześniej. Kiedy ktoś zapytał, czy zdążą, odezwałem się pierwszy raz tamtego wieczoru.

Powiedziałem, że przy takiej serii wąskim gardłem nie jest montaż, tylko obróbka, i że harmonogram trzeba liczyć od dostawcy detali, a nie od własnej hali. Damian odchylił się na krześle i wtedy to padło: „Do stołu, nie do mnie. Mój teść to zwykły tokarz. Niech siedzi cicho.

On i tak nie rozumie, o czym mówimy”. Zaśmiali się. Mecenas Ruszczyk zaśmiał się najgłośniej, ale zaraz potem przez ułamek sekundy spojrzał na mnie z zakłopotaniem. To był jedyny człowiek przy tamtym stole, który zrozumiał, że coś się właśnie stało.

Karolina powiedziała tylko: „Damian, no weź”. Dokończyłem kolację. Zapłaciłem za urodziny córki, bo umówiliśmy się wcześniej, że ja stawiam. Rachunek wyniósł 2340 złotych.

Przy szatni podałem Damianowi rękę: „Dobranoc, do zobaczenia”. Karolina zadzwoniła następnego dnia. Nie zaczęła od przepraszam. „Tato, no wiesz, jaki on jest po dwóch lampkach.

Nie rób z tego afery, dobrze? On tak nie myśli”. Zapytałem ją o jedno. Czy uważa, że jej mąż wie, czym się zajmuję.

Zawahała się: „No wie, że masz zakład, tato. On po prostu nie ma pojęcia o tej branży”. Odpowiedziałem, że rozumiem i że idę do hali, bo mam sobotni detal do skończenia. Chociaż była niedziela.

Ci ludzie mieli trzy lata, jedną wigilię i całą drogę do szatni, żeby zachować się inaczej. Wybrali inaczej. W niedzielę po południu pojechałem do zakładu. Hala stała.

W biurze było zimno, więc nie zdejmowałem kurtki. Wyjąłem trzy rzeczy. Umowę ramową z 2016. Aneks cenowy obowiązujący do 31 grudnia – nowego nie podpisaliśmy.

I teczkę od pani Marzeny z września. Osiem stron. Koszt maszynogodziny, koszt materiału, energia, płace, marża na kontrakcie Hydrotek. Ostatnia linijka podkreślona jej ręką: –3,1%.

Siedziałem nad tym do 21. Nie liczyłem długo. Te liczby znałem od roku. Liczyłem coś innego.

Co się stanie z moimi ludźmi, jeśli 61% hali zwolni się w ciągu pół roku? Odpowiedź leżała w szufladzie, odświeżana co pół roku, po niemiecku. W poniedziałek przyszedłem o 6:40. O 7:10 wszedł Erwin, mój brygadzista, 63 lata, 20 lat huty przed moim zakładem.

Zapytał, czego szukam w archiwum tak wcześnie. Powiedziałem: „Erwin, będziemy chyba mieli w czerwcu wolne maszyny”. On popatrzył na mnie: „No niech pan nie robi tego ze złości, bo ze złości się źle mierzy”. Miał rację.

Dlatego zrobiłem to inaczej, niż chciałem tamtej nocy. O 8:30 podpisałem trzy dokumenty i wysłałem je mailem oraz poleconym na adres zarządu Hydroteku. Pierwszy: informacja, że nie podpiszę aneksu cenowego na kolejny rok na dotychczasowych warunkach, wraz z nowym cennikiem. Podwyżka 34%.

Ważność oferty 14 dni. Drugi: wypowiedzenie umowy ramowej zgodnie z paragrafem 11, sześć miesięcy, ze skutkiem na 30 czerwca. Trzeci, najkrótszy: oświadczenie, że w okresie wypowiedzenia zrealizuję wszystkie przyjęte zamówienia zgodnie z harmonogramem, łącznie z serią styczniową. Ten trzeci list był najważniejszy.

Mogłem ich zostawić bez detalu w styczniu i patrzeć, jak płacą kary umowne. Nie zrobiłem tego. Nie ze szlachetności, tylko z zasady, którą trzymam od 96. Przyjęte zamówienie realizuje się nawet wtedy, kiedy klient jest chamem.

Inaczej po dwóch latach nie ma się firmy, tylko humory. O 9:15 zadzwoniłem do kancelarii i odwołałem wizytę wyznaczoną na 22 listopada. Pani z sekretariatu zapytała, czy przełożyć termin. Powiedziałem, że nie ma potrzeby.

O 10:00 napisałem do firmy z Nadrenii, że od lipca będę miał wolne moce, i zapytałem, czy ich zapytanie jest nadal aktualne. Odpisali po 40 minutach. Było. Nie zadzwoniłem do Karoliny.

Nie napisałem do Damiana. Poszedłem na halę i do końca zmiany ustawiałem nową serię przy maszynie numer 4, bo operator był na zwolnieniu. Tego, co wydarzyło się o 11:00 w Tychach, nie widziałem na oczy. Opowiedział mi to tego samego wieczoru Grzegorz Mielcarz, technolog, mój kolega z technikum.

Siedział wtedy trzy krzesła od Damiana. Trwało kwartalne spotkanie handlowe. Damian prowadził prezentację. Akurat slajd o marżach.

Do sali wszedł prezes, pan Jerzy Wilk, z szarą teczką pod pachą. Przerwał mu w połowie zdania, położył teczkę na stole i zapytał: „Kto z państwa zna osobiście pana Andrzeja Pietrzyka? ”. Cisza.

Ktoś zapytał, kto to. Prezes wyjął mój drugi list, ten z wypowiedzeniem, i przeczytał na głos trzy linijki. Potem powiedział, że Pietmet to jedyny zakwalifikowany dostawca tego detalu, że nowa kwalifikacja to 5 do 7 miesięcy, że seria styczniowa jest zabezpieczona, ale kolejne nie, i że kontrakt górniczy ma kary umowne po obu stronach. I dopiero wtedy, jak mówił Grzegorz, prezes spojrzał na Damiana: „Panie Damianie, o ile wiem, jest pan zięciem pana Pietrzyka.

Będę potrzebował, żeby pan do niego zadzwonił”. Grzegorz mówi, że Damian nie odpowiedział przez dobre cztery sekundy. Najpierw popatrzył na teczkę, potem na salę, a potem powiedział: „Tak, oczywiście”. Zadzwonił o 12:40.

Nie odebrałem, bo byłem przy maszynie i mam wtedy telefon w szafce. Przyjechał wieczorem do zakładu. Pierwszy raz od czterech lat i pierwszy raz w życiu dalej niż do biura na parterze. Erwin wpuścił go na halę i dał mu okulary ochronne.

Damian przeszedł koło siedmiu maszyn CNC, koło stołu pomiarowego, koło regału z gotowymi tłoczyskami. Zatrzymał się przy ramce na korytarzu, tej obok gaśnicy, i przeczytał ją całą. To kartka na dwie strony, po polsku i po angielsku. W biurze powiedział to, co musiał powiedzieć: „Tato, ja nie wiedziałem, że to pan, że to ta firma.

U nas w systemie to jest tylko numer dostawcy”. Odpowiedziałem: „Wiedziałeś, że toczę detale. Nie zapytałeś tylko jakie”. Potem zapytał wprost, czy to jest zemsta za sobotę.

Powiedziałem mu prawdę w dwóch zdaniach: „Nie podniosłem cen dlatego, że się obraziłem. Podniosłem je dlatego, że przez cztery lata ich nie podnosiłem z powodu, który w sobotę przestał istnieć”. Cennik przyjęli 18 grudnia. Nie mieli innego wyjścia i obaj o tym wiedzieliśmy.

To brzydka strona tej historii i nie zamierzam jej upiększać. Wypowiedzenia nie cofnąłem. W maju usiedliśmy do nowej umowy. Krótszy okres, 40% przedpłaty, waloryzacja co pół roku, wolumen mniejszy o jedną trzecią, bo od lipca trzy maszyny chodzą na kontrakt niemiecki.

Negocjacje prowadził dyrektor zakupów. Damian siedział przy tym stole dwa razy po prawej stronie swojego prezesa i notował. Relacje z moim zakładem przeniesiono na dyrektora zakupów. Damiana zdjęto z tematu górniczego w styczniu.

Premia kwartalna, o której mówił przy Mariackiej, wynosiła około 40 000 i nie została wypłacona. Nie zwolnili go. Pracuje tam do dziś, w eksporcie, w tym samym budynku. Karolina przyjechała do mnie 18 stycznia, sama, w tygodniu po pracy.

Zaczęła od zdania, którego nie chciałem usłyszeć: „Tato, on stracił premię. Wiesz o tym? ”. Powiedziałem, że wiem.

Potem zapytałem ją o 90 000 z 2022 roku. Pierwszy raz od trzech lat. Nie zaprzeczyła. Powiedziała, że wtedy było jej głupio przed Aliną i że to i tak nie miało znaczenia.

Powiedziałem jej wtedy o notariuszu, o 22 listopada, o 40% udziałów i o tym, że odwołałem tę wizytę o 9:15 w poniedziałek. Zapytała, czy przez Damiana. Odpowiedziałem: „Przez ciebie. Damian mnie obraził przy stole.

Ty mnie skreśliłaś przy grillu półtora roku wcześniej”. Nie czułem triumfu. Ani w grudniu, kiedy przyszło podpisane zamówienie po nowych cenach, ani w maju przy nowej umowie. Firma ma się dziś lepiej niż kiedykolwiek.

Marża wróciła nad 12%. Hala chodzi na dwa kontrakty zamiast jednego. W sierpniu przyjąłem czterech ludzi, w tym dwóch po tym samym technikum, do którego chodziłem ja i Grzegorz. Erwin przechodzi na emeryturę w listopadzie i już wyszkolił swojego następcę, bo tak się w tym fachu robi.

Udziałów nie przepisałem nikomu. Powiedziałem Karolinie w styczniu jedną rzecz i nie zmieniłem jej do dziś. Ta firma może kiedyś być jej, ale nie jako prezent na rocznicę, tylko jako coś, po co się przychodzi w sobotę rano i pyta, co to jest za detal. Przyszła w marcu, potem w kwietniu.

Od czerwca bywa mniej więcej co trzeci tydzień. Stoi w drzwiach, w kurtce, i patrzy, jak toczę na Tur 50. Raz zapytała, dlaczego nie sprzedam tej starej maszyny. Odpowiedziałem, że na niej najlepiej słychać, kiedy coś idzie nie tak.

Z Damianem rozmawiamy przy świętach poprawnie o pogodzie i o remontach na A4. Nie przeprosił mnie ani razu i już wiem, że nie przeprosi, bo w jego głowie tamto zdanie przy Mariackiej nie było obelgą, tylko żartem, który miał pecha wylądować na niewłaściwym człowieku. To jest właśnie to, czego nauczyłem się w tamtym roku, i nie ma to nic wspólnego z pieniędzmi. Słowo „zwykły” nigdy nie opisuje człowieka, o którym się je mówi.

Opisuje wyłącznie tego, kto je wypowiada. Pokazuje dokładnie, jak głęboko zdążył zajrzeć, zanim się odezwał. Pogarda jest tania tylko dla tego, kto ją mówi. Płaci zawsze ktoś inny.

I czasem, raz na dziesięć lat, płaci ten sam człowiek, który ją wypowiedział.