„Jedź przez góry, oszczędzisz 120 kilometrów” – powiedziała nawigacja, a ja zerknąłem na żonę z niedowierzaniem. Wracaliśmy z Chorwacji z chorą córką, dwutonową przyczepą za plecami i czterystoma…

„Jedź przez góry, oszczędzisz 120 kilometrów” – powiedziała nawigacja, a ja zerknąłem na żonę z niedowierzaniem. Wracaliśmy z Chorwacji z chorą córką, dwutonową przyczepą za plecami i czterystoma...

Znowu nawigacja kazała mu zjechać z autostrady. „Gdzie ty mnie prowadzisz? ” – rzucił, patrząc na żonę, która siedziała obok i próbowała ogarnąć trasę. Z przyczepą za plecami, dwójką chorych dzieci z tyłu i prawie czterystoma kilometrami do domu, każdy dodatkowy objazd był jak policzek.

Thumbnail

Wracali z Chorwacji. Jarek, który prowadził, nie spał dobrze od dwóch dni, a jego córka kaszlała tak, że co chwilę ktoś z komentujących na żywo przesyłał mu życzenia zdrowia. Na przednim siedzeniu Marta, jego żona, próbowała ogarnąć, co się dzieje z trasą, bo telefon nagle zaczął pokazywać, że mają przejechać przez góry, przez jakieś dziwne miejscowości, zamiast po prostu trzymać się autostrady. „Nie wiem, czemu ona ci każe zjeżdżać” – powiedziała, przyglądając się ekranowi.

„Może przez ten wypadek na Gliwice. Widziałam coś o korku w komentarzach”. „Jarek, jedź przez góry albo na autostradę” – pisał ktoś z widzów. „20 minut różnicy, a 120 kilometrów więcej”.

„Co ty wybierasz? ” – dopytywała Marta. „Bo na tym samym skrzyżowaniu nam pokazuje w lewo i w prawo”. Jarek westchnął, ściskając kierownicę.

„Nie wiem. Ja już nie wiem, gdzie my jedziemy”. Kiedy w końcu wjechali w wąską, krętą drogę, która prowadziła przez lasy i małe czeskie wioski, na ekranie pojawił się znak ograniczenia wysokości. Jarek zwolnił, spoglądając na niego z niedowierzaniem.

„O kurde. Ja pierdolę, nie wierzę. Tu nie przejadę z przyczepą”. „Dobry kierowca to się zmieści” – napisał ktoś w komentarzach.

Jarek tylko pokręcił głową i dodał gazu, próbując przecisnąć się przez kolejny wąski fragment drogi. „Przeszło, hura” – mruknął, gdy zobaczył przed sobą szerszą jezdnię. Niedługo potem jego wzrok padł na coś w lusterku. Klapa od gazu, ta od przyczepy, znowu była otwarta.

Podskakiwała przy każdej nierówności. „Marta, zobacz. Klapa znowu” – powiedział. „Prokamp ją zamontował.

Ona się chyba w ogóle nie domyka”. „Ja ją starałam się dopchnąć, ale nie wiem, czy dobrze” – odpowiedziała. „Może trzeba stanąć”. „Jak ja będę to robił” – mruknął, ale po chwili zjechał na stację benzynową.

Wysiadł, podszedł do tyłu i z całej siły docisnął klapę. „Ona się nie domyka. Oni tam chyba coś pili, jak to wszystko montowali”. To nie był pierwszy problem z tą przyczepą.

Wcześniej, jeszcze na Węgrzech, szuflada w środku po prostu się wyłamała i wypadła z zawiasów. „To jest największy bubel, jaki mógł istnieć na tej planecie” – powiedział wtedy do kamerki, a komentujący zgodzili się, że producent chyba nie ma pojęcia o jakości. Ale to nie był koniec. Jarek wrócił do samochodu i włączył się do rozmowy na czacie.

Ludzie pytali o oleje, o sklep, o to, kiedy wróci do pracy. Ktoś rzucił, że chętnie kupiłby jego olej, gdyby nie to, że obecny konkurencyjny produkt został mu z poprzedniej wymiany. Ktoś inny pisał, że jego silnik po zalaniu WH Oil pracuje zauważalnie ciszej. „Słuchajcie, ja nie chcę was oszukiwać” – powiedział Jarek, zerkając na drogę.

„Ten olej to moja inwestycja, całe oszczędności życia. Jak wy powiecie, że coś jest z nim nie tak, to ja już leżę. Ja postawiłem wszystko na jedną szalę. Chcę uczciwie zarabiać”.

Ktoś zapytał o ceramizator, dodatek do oleju, który Jarek sprzedawał na swoim sklepie. „Kupujecie, testujecie” – zachęcał. „Jak nie będzie pasował, to już go nie kupicie. Jak będzie, to wrócicie.

Sporo ludzi wraca”. Przez całą drogę prowadził rozmowę z czatem – o tym, jak ludzie nie chcą wymieniać oleju, o tym, że woli dać cenę niższą niż na Allegro, o tym, że jego marże są tak niskie, że nie stać go na kody rabatowe. Ktoś zapytał, kiedy w końcu zacznie reklamować się na Facebooku. „Jutro poproszę wąskiego, żeby ustawił reklamę” – obiecał.

Gdy zbliżali się do polskiej granicy, ktoś z czatu wspomniał o aferze ze Starlinkiem. Jarek westchnął. „Niech se wezmą tego Starlinka i wsadzą sobie w tyłek. Ja jechałem z nim na kempingu i w ogóle go nie mogłem użyć, bo drzewa mi przeszkadzały.

Nie wytnę drzew. W końcu korzystałem z roamingu i mam to daleko w poszanowaniu”. Ktoś zapytał, ile kosztowała cała trasa. „Z paliwem, ze wszystkim, wyszło koło 12 tysięcy” – przyznał.

Ktoś inny napisał, że to straszna kasa. „Najdroższym skarbem jest zdrowie” – odpowiedział wymijająco. Wjechali do Polski, minęli znak graniczny. „Jakoś tak lubię ten kraj” – powiedział cicho.

„Po prostu czuć, że jesteś w domu”. Ale zmęczenie dawało się we znaki. Jarek przecierał oczy, ziewał co chwilę. „Ja od dziesiątej rano siedzę w tym aucie, praktycznie nie wysiadałem.

Dwa razy na stacji i tyle” – mówił do kamery. „Jestem tak padnięty, że ledwo żyję”. „Idź na kawę, Radek. Albo coś zjedz” – pisali ludzie.

„Jedź do domu na gulasz” – dodał ktoś. „Jarek, nie rób sobie smaka” – odpowiedział. Marta też była zmęczona. „Zamęczona jestem” – powiedziała cicho.

„To widać. Ale damy radę”. Kiedy do domu zostało już tylko około stu kilometrów, Jarek postanowił, że faktycznie musi coś zjeść. „Zatrzymam się, wezmę bułkę, wypiję kawę i odpocznę chwilę.

Dobry pomysł” – powiedział, spoglądając na żonę. „Tak to zrobimy”. Zaczął zwalniać, szukając zjazdu na stację benzynową. Komentujący zaczęli się żegnać, życzyć mu szczęśliwego dojazdu.

Jarek uśmiechnął się słabo do kamery. „Trzymajcie się” – powiedział. „Wracam do domu”.