Na sobotę planowaliśmy tylko spać do południa. O dziewiątej ktoś zaczął walić w dzwonek. W progu stała moja teściowa z torbami jedzenia, a chwilę później w drzwiach pojawiła się moja mama z…

Na sobotę planowaliśmy tylko spać do południa. O dziewiątej ktoś zaczął walić w dzwonek. W progu stała moja teściowa z torbami jedzenia, a chwilę później w drzwiach pojawiła się moja mama z...

W mieszkaniu Marty i Łukasza kredyt wisiał nad głowami jak ciemna chmura. Minął dopiero miesiąc od wprowadzki, a oni już zapomnieli, co znaczy odpoczynek. Zima tamtego roku zasypywała Wrocław śniegiem niemal bez przerwy, tramwaje grzęzły w zaspach, a oni wracali z pracy tak wykończeni, że czasem zasypiali bez kolacji. W piątek wieczorem padli do łóżka od razu.

Thumbnail

Za oknem sypał gęsty śnieg, kaloryfer przyjemnie grzał, a Marta wtuliła się w Łukasza z westchnieniem ulgi. – Jutro śpimy do południa – wymamrotała sennie. – Choćby świat się kończył – odpowiedział półprzytomnie. Świat postanowił jednak obudzić ich dużo wcześniej.

O dziewiątej rano przez mieszkanie przeszył dźwięk starego dzwonka. Marta podskoczyła na łóżku, Łukasz naciągnął poduszkę na głowę. Dzwonek zabrzmiał ponownie, jeszcze głośniej. – Kto normalny przychodzi o tej porze w sobotę?

– jęknęła Marta. Łukasz zwlókł się z łóżka i otworzył drzwi. W progu stała Bożena, jego matka, w futrzanej czapce, z policzkami czerwonymi od mrozu i z dwiema ogromnymi torbami wypchanymi po brzegi. – No ile można otwierać?

Ręce mi za chwilę odpadną! – rzuciła zamiast powitania i przecisnęła się do środka, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Postawiła torby na podłodze. Z wnętrza natychmiast rozszedł się zapach rosołu, pieczonego mięsa i kiszonej kapusty.

– Przywiozłam wam trochę jedzenia, bo przecież wy się tu zagłodzicie. Wczoraj zrobiłam bigos, kotlety i rosół, a tu jeszcze słoiki ogórków od cioci Haliny. Pierwsza klasa. Marta pojawiła się w drzwiach sypialni owinięta kocem.

Bożena spojrzała na nią i natychmiast zmarszczyła czoło. – Jezu, dziecko, ty wyglądasz jak cień człowieka. Wy w ogóle coś jecie? Nie czekając na odpowiedź, ruszyła do kuchni, otworzyła lodówkę i zamarła.

– Łukasz – powiedziała powoli. – Powiedz mi tylko jedno. Jak można żyć, mając w lodówce światło, musztardę i pół kostki masła? Marta zamknęła oczy.

Bożena już zakasywała rękawy swetra. – Nie, kochani, tak dalej być nie może. Zaraz tu wszystko ogarniemy. Poruszała się po kuchni z energią, której Marta szczerze jej zazdrościła.

W ciągu godziny wypakowała torby, nastawiła rosół do podgrzania i zrobiła dokładny przegląd wszystkich szafek. – No nie wierzę – mruczała pod nosem, zaglądając na kolejne półki. – Ryż, makaron, kawa i jakieś fit chrupki. Dzieci, przecież tak się nie da żyć.

Marta siedziała przy stole z kubkiem zimnej herbaty i próbowała nie zasnąć. Miała ochotę wrócić do łóżka, nakryć się kołdrą i obudzić dopiero w poniedziałek. Ale Bożena była żywiołem. – A te firanki to wy kiedy ostatnio praliście?

– zawołała nagle. – Mamo, my się dopiero wprowadziliśmy – bronił się Łukasz. – Tym bardziej trzeba dbać od początku. Kurz potem wchodzi człowiekowi w płuca.

O, zobacz. – Przejechała palcem po parapecie i pokazała cienką warstwę pyłu. – Przecież tu można ziemniaki sadzić. Łukasz westchnął ciężko i opadł na krzesło.

– Mamo, naprawdę nie trzeba? – Jak nie trzeba? – oburzyła się. – Wy oboje tylko praca i praca.

A dom musi być miejscem, gdzie człowiek odpoczywa. Po chwili z łazienki dobiegł dźwięk otwieranej szafki. – O Boże drogi. Marta, ręczniki wilgotne wrzucone byle jak.

Przecież to potem śmierdzi. Marta zacisnęła palce na kubku. – Wczoraj wróciliśmy po dziesiątej – powiedziała cicho. – Nie mieliśmy już siły.

Bożena zamilkła na moment, ale tylko na moment. – Ja też pracowałam i jakoś dawałam radę. Człowiek musi być zorganizowany. Marta poczuła, jak coś zaczyna ściskać ją w środku.

Nie miała siły tłumaczyć, że czasy są inne, że czasem ledwo pamiętała, jak się nazywa, gdy wracała z pracy, że kredyt pożerał im prawie połowę wypłat. Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozległ się dzwonek do drzwi. Łukasz podniósł się powoli i otworzył. W progu stała Elżbieta, matka Marty.

Miała na sobie długi beżowy płaszcz, śnieg na czapce i ogromną torbę przewieszoną przez ramię. W jednej ręce trzymała wielką donicę z rozłożystym zielonym kwiatem, a spod torby wystawał ciężki materiał w ciemnozielonym kolorze. – Niespodzianka! – oznajmiła radośnie.

– Przyjechałam wam trochę ocieplić to wasze nowe mieszkanie. Przecisnęła się do środka, ledwo mieszcząc kwiat w wąskim przedpokoju. – Matko jedyna, ale tu ciasno. Łukasz, weź to ode mnie, bo mi ręce odpadną.

Bożena pojawiła się w drzwiach kuchni z mokrą ścierką w dłoni. Obie kobiety zamarły na swój widok. – Och, dzień dobry! – powiedziała Elżbieta z uprzejmym uśmiechem.

– Dzień dobry! – odpowiedziała równie słodko Bożena. Marta poczuła, jak żołądek ściska jej się ze stresu. Elżbieta postawiła donicę przy oknie.

– Przywiozłam wam fikusa. Prawdziwy dom musi mieć trochę życia. I zasłony też kupiłam, bo te wasze okna takie gołe jak w przychodni NFZ. Łukasz odruchowo spojrzał na Martę.

To był zły znak. Bardzo zły. – Młodzi chyba bardziej potrzebują porządnego obiadu niż kwiatków – zauważyła Bożena, odstawiając ścierkę. – A człowiek ma żyć jak w magazynie?

– uniosła brwi Elżbieta. – Dom powinien być przytulny. – Przytulny nie znaczy zakurzony – odparła chłodno Bożena. – Takie ciężkie zasłony tylko kurz zbierają.

– Lepsze zasłony niż pusty parapet i szpitalna atmosfera. Łukasz powoli zaczął wycofywać się z kuchni. Marta zrobiła dokładnie to samo. Niestety, obie matki już się rozpędzały.

Elżbieta zdjęła płaszcz i rozejrzała się po mieszkaniu. – A ta szafka na buty nadal nierozłożona. Łukasz, ile to już stoi? – Dwa tygodnie.

Trzy – mruknęła Marta automatycznie. – No właśnie. Marta pracuje całymi dniami, a ty nawet śrubek nie możesz dokręcić – rzuciła Elżbieta. – Boże, naprawdę?

– prychnęła Bożena. – Mój syn pracuje od rana do wieczora. Jak wraca, to ledwo żyje. Może gdyby miał w domu porządny obiad, miałby więcej siły.

– Sugeruje pani, że moja córka źle prowadzi dom? – zapytała Elżbieta. – Ja nic nie sugeruję. Ja tylko widzę pustą lodówkę.

– A ja widzę chłopa, który nie umie powiesić lampy przez miesiąc. Powietrze w kuchni zrobiło się ciężkie jak przed burzą. Bożena skrzyżowała ręce na piersi. – Marta od zawsze była trochę roztrzepana.

Elżbieta aż otworzyła usta. – Roztrzepana? Moja córka skończyła studia z wyróżnieniem. – Dyplom obiadu nie ugotuje.

Zapadła cisza. Krótka, napięta i niebezpieczna. Marta zamknęła oczy. Łukasz pomyślał tylko jedno: to dopiero początek.

Kuchnia nagle zrobiła się za mała dla czworga ludzi. Para unosząca się nad garnkiem z rosołem mieszała się z zapachem mokrych kurtek i napięcia, które można było kroić nożem. Bożena stała przy blacie z rękami opartymi o biodra. Elżbieta siedziała przy stole, poprawiając mankiety swetra, ale jej spojrzenie mówiło jasno, że nie zamierza odpuszczać.

– Ja tylko mówię, że kobieta powinna dbać o dom – odezwała się Bożena tonem osoby święcie przekonanej o własnej racji. – Nie trzeba codziennie robić pięciu dań, ale ciepła zupa to chyba nie jest luksus. – Ach, tak – prychnęła Elżbieta. – A może Marta ma codziennie wstawać o piątej rano i piec drożdżówki?

– Jak trzeba, to trzeba. Ja tak robiłam. – Czasy się trochę zmieniły. – Obowiązki się nie zmieniły.

Łukasz siedział cicho przy ścianie i patrzył w kubek herbaty, jakby liczył, że w nim utonie. Marta kopnęła go lekko pod stołem. Spojrzał na nią z miną człowieka, który mentalnie już opuścił kraj. Bożena tymczasem nabierała rozpędu.

– Łukasz zawsze lubił porządne jedzenie, od dziecka. Jak miał dziesięć lat, potrafił zjeść pół garnka pomidorowej. – Och, proszę cię – machnęła ręką Elżbieta. – Każde dziecko lubi pomidorową.

– Ale mój syn nie był wybredny. – Gratuluję sukcesu wychowawczego. Marta zamknęła oczy. Boże.

– A Marta niby miała lekko? – ciągnęła Elżbieta. – Od liceum sama na siebie pracowała. Studia, praktyki, jeszcze korepetycji udzielała.

Nigdy nie siedziała bezczynnie. – Tylko że dom sam się nie ogarnie, a ręce Łukaszowi odpadły – odparła Bożena. – Mój syn pracuje. Marta też.

– Ale kobieta ma jednak inne obowiązki. – Jakie znowu inne? Głosy zaczynały odbijać się od ścian. Łukasz zerknął błagalnie na Martę.

Marta tylko bezradnie wzruszyła ramionami. To wymykało się spod kontroli. Bożena nagle otworzyła lodówkę i pokręciła głową z teatralnym smutkiem. – Jogurt, keczup i światło.

Serce się kraje. – Lepiej mieć pustą lodówkę niż pełną pretensji – rzuciła Elżbieta. – Pretensji? Ja chcę pomóc.

– Pomoc nie polega na krytykowaniu wszystkiego od progu. – A przywożenie zasłon do nieswojego mieszkania to niby co jest? Elżbieta wyprostowała się na krześle. – Te zasłony są piękne.

Marta zawsze lubiła przytulne wnętrza. Bożena roześmiała się krótko. – Marta, przytulne wnętrza? Przecież ona jako dziecko miała taki bałagan w pokoju, że raz pół dnia szukała jednego buta.

– To było w podstawówce. – Ale charakter został. – Och, proszę pani. Marta poczuła, że zaraz eksploduje.

– Mamo – zaczęła ostrzegawczo. Ale Elżbieta już się rozkręcała. – A Łukasz niby taki idealny? Pamiętam, jak na wakacjach nad morzem zgubił klapki pierwszego dnia i przez tydzień chodził w za dużych sandałach swojego ojca.

– Naprawdę musimy wracać do tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego? – jęknął Łukasz. Nikt go nie słuchał. – Przynajmniej był grzeczny – odparła Bożena.

– Grzeczny? Marta mówiła mi, że trzy tygodnie czeka, aż zamontuje lampę w sypialni. – Marta też pracuje, ale kobieta powinna mieć dom pod kontrolą. – Kobieta nie jest robotem kuchennym.

Zapadła chwila ciszy. Tylko garnek z rosołem cicho bulgotał na kuchence. Marta poczuła nagle okropne zmęczenie, takie które wchodzi głęboko pod skórę. Spojrzała na Łukasza.

On wyglądał dokładnie tak samo. Wyczerpany, przygnieciony, gotowy uciec gdziekolwiek. Bożena właśnie zaczynała nowy wywód o tym, że mężczyzna wracający z pracy powinien mieć ciepły obiad. Marta nachyliła się lekko do Łukasza.

– Ja zaraz zwariuję – szepnęła. Łukasz spojrzał na nią poważnie. I wtedy coś między nimi przeskoczyło. Jedno spojrzenie wystarczyło.

Bez słów, bez planu. Oboje w tej samej sekundzie pomyśleli dokładnie o tym samym. Muszą stąd uciec. Choćby na jeden weekend.

Bo jeśli zostaną tu jeszcze kilka godzin, to albo zwariują, albo sami zaczną się kłócić. A tego bali się najbardziej. Kłótnia w kuchni trwała w najlepsze. – Mikrofalówki niszczą jedzenie, mówię ci – oburzała się Bożena.

– Potem człowiek się dziwi, że młodzi ciągle zmęczeni. – Och, błagam! – westchnęła Elżbieta. – Gdyby człowiek miał słuchać wszystkiego z internetu, to najlepiej byłoby gotować na ognisku.

– Kiedyś ludzie żyli zdrowiej. – Kiedyś ludzie też prali pieluchy ręcznie. Marta przestała słuchać. Siedziała obok Łukasza przy stole i czuła, że zaraz zabraknie jej powietrza.

Głosy obu matek mieszały się w jeden niekończący się szum. Każde słowo wbijało się w głowę jak mały gwóźdź. Spojrzała na Łukasza. On patrzył właśnie na drzwi sypialni, potem znowu na nią i bardzo lekko skinął głową.

Serce Marty zabiło szybciej. Wstali niemal jednocześnie. – Idziemy na chwilę połazić po kartonach – rzucił Łukasz od niechcenia. – Wreszcie – prychnęła Bożena.

– Może chociaż szafkę na buty rozpakujesz? Elżbieta machnęła ręką. – Daj im spokój. Oni nawet nie mają kiedy usiąść.

Żadna z nich nie zauważyła, jak Marta zamyka za sobą drzwi sypialni. W pokoju panował półmrok. Za oknem wirował śnieg, a osiedlowe latarnie odbijały się w szybie ciepłym żółtym światłem. Przez chwilę stali w ciszy.

Potem Marta szepnęła:

– Naprawdę to robimy? Łukasz otworzył szafę i wyciągnął starą sportową torbę. – Jeśli zaraz stąd nie wyjedziemy, to oszaleję. Marta parsknęła cichym śmiechem.

Pierwszym szczerym śmiechem od wielu dni. – Boże, my naprawdę uciekamy przed własnymi matkami. – Dokładnie tak. Zaczęli pakować się gorączkowo, ale zaskakująco cicho.

Ciepłe swetry, grube skarpety, ładowarki. Kosmetyczka wrzucona byle jak, termos na kawę. Marta zgarnęła jeszcze z suszarki miękki kremowy szalik. Z kuchni nadal dochodziły podniesione głosy.

– Firanki nadają mieszkaniu duszę! – przekonywała Elżbieta. – Duszę daje czysta podłoga! – odburknęła Bożena.

Łukasz zamknął torbę i spojrzał na Martę. – Jedziemy. – A dokąd? Zawahał się tylko sekundę.

– Na Kaszuby. – Co? – Pamiętasz ten domek nad jeziorem, co mi kiedyś wyskoczył w reklamie? Taki w lesie, z kominkiem.

Marta patrzyła na niego przez moment. Potem nagle poczuła coś dziwnego. Lekkość. – Jedziemy!

– powiedziała natychmiast. Łukasz uśmiechnął się szeroko. W przedpokoju ubierali się szybko i nerwowo, jak dzieci uciekające z domu. Kurtki, czapki, rękawiczki.

Marta drżała z adrenaliny. – Myślisz, że zauważą? – szepnęła. – Są zbyt zajęte ratowaniem naszego życia.

W kuchni właśnie zaczynała się nowa bitwa. – A po co młodym taki wielki telewizor? – oburzała się Bożena. – Lepiej telewizor niż trzy garnki rosołu na raz – odgryzła się Elżbieta.

Łukasz nacisnął klamkę najciszej, jak potrafił. Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Oboje zamarli. Z kuchni natychmiast dobiegło głośne:

– Ja przynajmniej umiem gotować!

– A ja przynajmniej nie kontroluję dorosłych dzieci! Marta zacisnęła usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Po chwili byli już na klatce schodowej. Cisza uderzyła ich niemal fizycznie.

Spojrzeli na siebie i jednocześnie wypuścili powietrze. – Nie wierzę, że to robimy – powiedziała Marta. – Ja też nie. Na dworze mróz szczypał w policzki.

Śnieg skrzypiał pod butami. Łukasz wrzucił torbę do bagażnika i odpalił samochód. Silnik zawarczał ciężko. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, czekając, aż szyby odmarzną.

Potem Łukasz powoli wyjechał z osiedla. Wrocław został za nimi szybciej, niż Marta się spodziewała. Bloki ustąpiły miejsca ciemnym drogą i zaśnieżonym polom. Radio grało cicho jakąś starą polską piosenkę, ale żadne z nich nie słuchało słów.

Po raz pierwszy od miesięcy nikt niczego od nich nie chciał. Żadnych telefonów, żadnych raportów, żadnych pretensji. Tylko droga, śnieg i ciepło powoli rozchodzące się po samochodzie. Im dalej jechali, tym ciszej robiło się w ich głowach.

Las zaczął otaczać drogę z obu stron. Wysokie sosny wyglądały w świetle reflektorów niemal nierzeczywiście. Śnieg migotał w ciemności, a niebo było ciężkie i granatowe. Marta oparła głowę o szybę.

– Ale tu pięknie. Łukasz uśmiechnął się lekko. – Wiesz, że pierwszy raz od bardzo dawna nie myślę o pracy. Marta spojrzała na niego i nagle poczuła, jak całe napięcie ostatnich miesięcy powoli z niej schodzi.

Jakby ktoś wreszcie ściszył hałas, który nieustannie dudnił jej w głowie. Wyciągnęła rękę i ścisnęła jego dłoń. Potem oboje zaczęli się śmiać. Cicho, ze zmęczenia, z ulgi i z tego absurdalnego szczęścia, że właśnie uciekali przez ośnieżony las na drugi koniec Polski tylko po to, żeby przez chwilę pobyć sami.

Na Kaszuby dotarli późnym wieczorem. Ostatnie kilometry jechali w całkowitej ciszy. Nie dlatego, że nie mieli o czym rozmawiać. Po prostu oboje byli dziwnie spokojni.

Jakby cały hałas ostatnich miesięcy został gdzieś daleko za nimi, razem z blokami, korkami i dzwoniącymi telefonami. Domek stał tuż przy lesie. Mały, drewniany, z lekko ośnieżonym dachem i żółtym światłem w oknach. Obok ciągnęło się zamarznięte jezioro, nad którym wisiała mleczna mgła.

– Boże – szepnęła Marta, kiedy wysiedli z samochodu. – Jak tu cicho. Naprawdę było cicho. Nie słychać było tramwajów, sąsiadów wiercących ściany ani alarmów aut pod blokiem.

Tylko wiatr poruszał gałęziami sosen, a śnieg skrzypiał pod butami. Łukasz wyjął torbę z bagażnika. – Chodź szybko do środka, bo zamarzniemy. W domku pachniało drewnem i czymś słodkim, chyba cynamonem.

W rogu salonu stała mała koza, w której przyjemnie trzaskał ogień. Marta zdjęła kurtkę i aż westchnęła. – Chyba pierwszy raz od roku naprawdę usiadłam. Łukasz roześmiał się cicho.

– A ja pierwszy raz nie słyszę własnej matki od więcej niż trzech godzin. Marta rzuciła w niego rękawiczką. Wieczór minął im spokojnie. Zrobili herbatę w wielkich kubkach.

Siedzieli pod grubym kocem i patrzyli przez okno na jezioro. Nie rozmawiali o pracy, ani o kredycie, ani o rachunkach. To było chyba najdziwniejsze. Jakby nagle przypomnieli sobie, że kiedyś umieli być po prostu razem.

Następnego dnia obudzili się dopiero koło południa. Marta otworzyła oczy i przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Potem usłyszała trzask drewna w piecyku i poczuła zapach świeżo parzonej kawy. Łukasz siedział przy oknie w grubym swetrze.

– Dzień dobry, śpiochu. Spojrzała na telefon leżący na stoliku. Dziewięć nieodebranych połączeń. Pięć od Bożeny, cztery od Elżbiety.

Marta jęknęła i rzuciła telefon z powrotem. Łukasz parsknął śmiechem. – Nie odbieramy. – Ani trochę.

I pierwszy raz od bardzo dawna Marta nie poczuła wyrzutów sumienia. Po śniadaniu poszli nad jezioro. Pomost był cały zasypany śniegiem. Woda przy brzegu zamarzła, a ciemne drzewa odbijały się w lodzie jak w matowym lustrze.

Marta wsunęła dłonie głęboko do kieszeni kurtki. – Pamiętasz, kiedy ostatnio byliśmy gdzieś razem? Łukasz zastanowił się chwilę. – Chyba na weselu kuzynki Tomka.

To było półtora roku temu. – No to pięknie. Zaśmiali się oboje. Szli powoli wzdłuż jeziora, zostawiając ślady na świeżym śniegu.

Marta czuła, jak powoli wraca jej lekkość. Jakby ktoś zdjął z ramion ciężki plecak, którego nawet nie zauważała. Wieczorem pojechali do małej karczmy kilka kilometrów dalej. Przy stolikach siedziało ledwie kilka osób.

Pachniało smażoną rybą, barszczem i drewnem z kominka. Marta jadła gorącą zupę rybną i aż zamknęła oczy z przyjemności. – Smakuje jak normalne życie – mruknęła. Łukasz spojrzał na nią uważnie.

– Wiesz, że dawno nie widziałem cię tak spokojnej? Uśmiechnęła się lekko. – Ty też wyglądasz inaczej. – Lepiej?

– Jak człowiek, a nie zmęczony pracownik miesiąca. Roześmiał się tak szczerze, że ludzie przy sąsiednim stoliku spojrzeli na nich z uśmiechem. Te dwa dni mijały dziwnie wolno. Spali długo, pili herbatę litrami, wieczorami siedzieli blisko siebie pod kocem i słuchali trzaskającego drewna.

Bez pośpiechu, bez stresu, bez rozmów o tym, ile zostało do końca miesiąca. I właśnie tutaj, w tym małym domku nad jeziorem, Marta nagle przypomniała sobie, dlaczego tak bardzo kocha Łukasza. Nie za to, że składa meble, nie za to, że pracuje po godzinach. Tylko za to, że przy nim nawet największy chaos świata robił się trochę lżejszy.

W niedzielę po południu wszystko zaczęło się jednak zmieniać. Najpierw powoli, prawie niezauważalnie. Łukasz coraz częściej zerkał na telefon. Marta przestała śmiać się tak swobodnie jak dzień wcześniej.

Za oknem zaczynało się ściemniać. Nad jeziorem unosiła się ciężka szara mgła, a wiatr mocniej uderzał w ściany domku. – Musimy jutro wrócić – powiedział w końcu Łukasz cicho. Marta skinęła głową.

I nagle oboje znowu poczuli ten znajomy ciężar w żołądku. Bo teraz trzeba było wrócić do rzeczywistości. Do mieszkania, do pracy i przede wszystkim do dwóch matek, które prawdopodobnie właśnie kończyły drugą wojnę światową w ich kuchni. Droga powrotna do Wrocławia była zupełnie inna niż ta sprzed dwóch dni.

Wtedy uciekali. Teraz wracali powoli, z coraz większym ściskiem w żołądku. Śnieg zaczynał topnieć przy drogach. Niebo było ciężkie i bure.

Radio cicho grało jakieś stare przeboje, których żadne z nich nawet nie słuchało. Marta siedziała skulona w fotelu pasażera i obracała telefon w dłoniach. – Myślisz, że się pozabijały? – zapytała w końcu.

Łukasz parsknął nerwowym śmiechem. – Albo nas wydziedziczyły. Moja matka na pewno już planuje pogrzeb naszej odpowiedzialności życiowej. – A moja pewnie dzwoniła do wszystkich ciotek.

Przez chwilę się śmiali. Ale zaraz potem znowu zapadła cisza. Im bliżej miasta, tym bardziej wracało napięcie. Kiedy zaparkowali pod blokiem, Marta poczuła znajome ukłucie stresu.

– Gotowy? – spytała cicho. – Nie. Weszli na klatkę schodową powoli, jakby odwlekali nieuniknione.

Winda zaskrzypiała starym mechanizmem, a Marta miała wrażenie, że serce wali jej coraz mocniej z każdym piętrem. Pod drzwiami mieszkania oboje zatrzymali się na sekundę. Cisza. Żadnych krzyków, żadnego trzaskania garnkami.

Łukasz ostrożnie przekręcił klucz. Drzwi otworzyły się powoli. I oboje zamarli. W mieszkaniu pachniało ciastem.

Nie stresem. Nie wojną. Ciastem. Marta pierwsza weszła do środka i rozejrzała się osłupiała.

W salonie panował idealny porządek. Kartony zniknęły spod ściany. Firanki Elżbiety wisiały już w oknach, miękko rozpraszając zimowe światło. Na parapecie stał wielki zielony fikus.

– Nie wierzę – szepnęła. Łukasz zajrzał do kuchni. Przy stole siedziały Bożena i Elżbieta. Spokojnie, z kubkami herbaty.

Na środku stołu stało ciasto drożdżowe i talerz kanapek. Obie kobiety odwróciły głowy jednocześnie. – O, wrócili – powiedziała Elżbieta całkiem normalnym tonem. Bożena zmrużyła oczy.

– Wreszcie. Telefonów też się już nie odbiera. Marta otworzyła usta, ale nie zdążyła nic powiedzieć. – Usiądźcie!

– machnęła ręką Bożena. – Herbata jeszcze ciepła. Łukasz spojrzał na Martę tak, jakby właśnie trafili do alternatywnej rzeczywistości. Usiedli ostrożnie przy stole.

I wtedy zauważyli kolejną rzecz. Ich matki już się nie kłóciły. Wręcz przeciwnie. – Mówię ci, masło teraz kosztuje tyle, że człowiek powinien je chyba na raty kupować – narzekała właśnie Bożena.

– A lekarza specjalisty spróbuj znaleźć – westchnęła Elżbieta. – Człowiek szybciej sam się wyleczy. – No dokładnie. Marta patrzyła na nie kompletnie oszołomiona.

– Co tu się wydarzyło? – szepnęła do Łukasza. – Chyba rozejm. Bożena prychnęła.

– Żaden rozejm. Po prostu twoja teściowa wreszcie przyznała, że te patelnie nadają się do wyrzucenia. Elżbieta od razu pokiwała głową. – Tragiczne, wszystko przywiera.

Jak wy na tym smażycie naleśniki? – Nie smażymy – mruknęła Marta automatycznie. Obie matki spojrzały na nią z takim samym oburzeniem. I nagle wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Tak po prostu. Bez napięcia, bez złości. Jakby ten cały weekend coś między nimi odblokował. Potem rozmowa płynęła już sama.

Bożena opowiadała o sąsiadce z piętra niżej, która znowu pokłóciła się z administracją. Elżbieta narzekała na kolejki do przychodni. Łukasz siedział w szoku, jedząc drożdżówkę. A Marta co chwilę zerkała na swoją torbę stojącą obok krzesła.

W końcu delikatnie dotknęła dłoni Łukasza pod stołem. Spojrzał na nią i od razu wiedział. Nagle oboje zrobili się dziwnie spięci. Bożena zmarszczyła czoło.

– Co wam jest? Marta wstała powoli i wyjęła z torby małe pudełko przewiązane czerwonym sznurkiem. Serce waliło jej jak oszalałe. Łukasz wziął pudełko z jej rąk i położył je na stole między obiema matkami.

– To dla was – powiedział cicho. Elżbieta spojrzała zdziwiona. – Dla nas? – Otwórzcie.

Bożena pierwsza rozwiązała sznurek. Wieczko uniosło się powoli. I nagle zapadła kompletna cisza. W środku leżał mały biały smoczek i para maleńkich wełnianych bucików.

Elżbieta zbladła. Potem gwałtownie zakryła usta dłonią. – Boże! Bożena patrzyła jeszcze chwilę, jakby nie rozumiała.

Potem jej oczy momentalnie zaszkliły się łzami. – Ja… ja będę babcią. Marta tylko skinęła głową.

I wtedy wszystko wybuchło naraz. Elżbieta rozpłakała się pierwsza i natychmiast przytuliła Martę. Bożena objęła Łukasza tak mocno, że aż jęknął. – Matko jedyna, dziecko, naprawdę?

Od kiedy wiecie? Jedliście coś normalnego? Marta, ty musisz odpoczywać. Łukasz, ty jej teraz nawet siatek nie pozwól nosić.

Po chwili obie kobiety siedziały już obok siebie, całkowicie przejęte. – Jeśli będzie chłopiec, to może Antoni – zastanawiała się Bożena. – Nie, teraz modne są krótsze imiona – stwierdziła Elżbieta. – A łóżeczko można wstawić do tego drugiego pokoju.

– I trzeba będzie kupić porządny wózek. – Ja mogę chodzić na spacery. Ale ja pierwsza. Marta spojrzała na Łukasza.

I nagle oboje zrozumieli coś bardzo prostego. Jeszcze wczoraj ich matki walczyły ze sobą o firanki, obiady i racje. A dziś już razem planowały życie dziecka, którego jeszcze nawet nie było na świecie.

I pierwszy raz od bardzo dawna ich mieszkanie naprawdę poczuło się jak dom.