„Jasne, zrobię, co w mojej mocy” – powiedziałem spokojnie do słuchawki, choć w środku aż się we mnie gotowało. Kilka lat wcześniej mój przyjaciel Marek założył w domu firmę informatyczną. On i…

„Jasne, zrobię, co w mojej mocy” – powiedziałem spokojnie do słuchawki, choć w środku aż się we mnie gotowało. Kilka lat wcześniej mój przyjaciel Marek założył w domu firmę informatyczną. On i...

Kilka lat temu mój przyjaciel Marek założył w domu firmę zajmującą się oprogramowaniem komputerowym. On i jego żona mieszkali w tym domu od około dziesięciu lat i mieli dobrze ugruntowany numer telefonu stacjonarnego. To były czasy, gdy telefony komórkowe dopiero zaczynały zdobywać popularność, więc dziewięćdziesiąt pięć procent ludzi nadal korzystało głównie z linii stacjonarnych. Marek pracował od czternastej do dwudziestej drugiej, tak samo jak jego żona, żeby klienci mogli swobodnie omawiać swoje potrzeby komputerowe po zamknięciu własnych firm.

Thumbnail

Większość napraw wciąż wymagała wizyty osobistej, więc klienci zostawiali sprzęt po pracy i odbierali go następnego dnia z tylnego ganku Marka, jadąc rano do pracy. Przez kilka miesięcy wszystko działało dobrze. Aż w mieście otworzył praktykę nowy lekarz. Jego numer telefonu różnił się od numeru Marka tylko jedną cyfrą.

Marek miał trójkę, a gabinet lekarski ósemkę w ostatnich czterech cyfrach. Pomyłki w wybieraniu numeru zdarzały się często. Na początku były to sporadyczne telefony, a Marek cierpliwie przekierowywał dzwoniących. Ale z czasem praktyka lekarska zdobywała coraz więcej skierowań od lokalnych szpitali i telefony zaczęły przychodzić o każdej porze, przez całą dobę, w dni powszednie, weekendy i święta.

Doszło do tego, że Marek musiał odłączać telefon, żeby móc spokojnie porozmawiać z żoną przy obiedzie albo się wyspać. Nie było to też idealne, gdy miało się trzy córki w wieku randkowym. Marek zadzwonił więc do gabinetu lekarskiego i poprosił, żeby zmienili numer telefonu. Uważał, że skoro to on ma ten numer dłużej, lekarz powinien zachować się honorowo i zmienić swój, żeby zakończyć zamieszanie.

Usłyszał jednak w odpowiedzi, że to jego problem. Lekarz stwierdził, że zmiana numeru wiązałaby się z kosztami reklamy, papieru firmowego, wizytówek i tabliczek, nie wspominając o poinformowaniu wszystkich pacjentów, rejestrów medycznych, izb lekarskich i szpitali. Poradził Markowi, żeby to on zmienił numer, skoro mu tak przeszkadza. Marek odpowiedział tylko wesoło: „Jasne, zrobię, co w mojej mocy”.

Od tego momentu zaczął osobiście odbierać wszystkie pomyłkowe telefony. Gdy ktoś mówił, że od rana pociąga nosem po pracy w ogrodzie, Marek odpowiadał: „Lepiej niech pan przyjdzie od razu”. Gdy ktoś kasłał po zapaleniu papierosa: „Trzeba przyjść na wizytę”. Gdy ktoś dzwonił z temperaturą 37,2: „Nie jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że to trochę za dużo.

Zapraszamy zaraz po obiedzie”. Nowym mieszkańcom mówił, że jest wolny termin na szczepienia dla dzieci, nawet jeśli mieli ich pięcioro. Niczego nie odmawiał. Każdemu mówił: „Oczywiście, przyjmujemy wszystkie ubezpieczenia, proszę wpaść”.

Wyznaczał też wizyty kontrolne. Na jeden piątek o szesnastej trzydzieści umówił sześć różnych osób. W poniedziałek rano zadzwonił do niego lekarz, błagając, żeby przestał. Marek odpowiedział: „Przestanę, jeśli pan przestanie”.

Lekarz miał nowy numer telefonu jeszcze przed końcem tygodnia. Trudno sobie wyobrazić, co działo się w gabinecie, gdy dziesiątki ludzi przychodziły na umówione wizyty, których nie było w żadnym terminarzu, ale lekarz z pewnością zapamiętał tę lekcję na długo. Kolejna historia dotyczy chłopaka pewnej kobiety i jego przełożonego. Chłopak pracował w sklepie i miał na sobie własny sweter.

Przebywał między zapleczem a chłodnią, gdzie nie mógł go zobaczyć żaden klient. Menedżer, który właśnie przyszedł na zmianę, od razu się do niego przyczepił. Chłopak próbował tłumaczyć, że ma sweter na sobie najwyżej piętnaście minut i zdejmie go przed wyjściem na salę sprzedaży. Menedżer odmówił i zaczął go dręczyć, twierdząc, że to, co pracownik ma na sobie, nie jest zatwierdzone przez korporację.

I tu zaczęła się złośliwa zgodność. Kurtki używane w chłodniach nie były zatwierdzone. Rękawice do tych samych chłodni też nie. System łączności, którego używali między sobą pracownicy sklepu, również nie był zatwierdzony.

Przez godzinę chłopak zajmował się sprzątaniem i uzupełnianiem zapasów, pracując w chłodni. Co pięć do dziesięciu minut wychodził z niej, trzęsąc się z zimna. Po około dwudziestu minutach menedżer podszedł do niego i zapytał, co robi. Chłopak odpowiedział, że uzupełnia zapasy w chłodni, ale jest tam zimno.

Menedżer poradził mu, żeby wziął kurtkę i rękawice. Chłopak odpowiedział: „Nie mogę, bo według podręcznika pracownika dotyczącego mundurku te rzeczy technicznie też nie są zatwierdzone przez korporację”. Menedżer mruknął coś i odszedł. Po półtorej godziny wrócił i zapytał, czemu chłopak nie odpowiadał na wołania przez system łączności.

Chłopak wyjaśnił, że system niestety też nie jest zatwierdzony przez korporację. Menedżer zapytał, czy on naprawdę zamierza być taki złośliwy. Chłopak odpowiedział: „Nie wiem, o czym pan mówi. Po prostu trzymam się standardów korporacji”.

Tak wyglądała cała siedmiogodzinna zmiana. Pod koniec menedżer podszedł do niego z wyczerpaną miną i powiedział: „Rozumiem. Muszę nauczyć się wybierać bitwy”. Chłopak odpowiedział: „Zdecydowanie powinien pan”.

Kolejna historia to pierwsza praca narratora w IT. Mały biznes, on był pierwszą osobą zatrudnioną do IT. Miał doświadczenie w sieciach komputerowych. Jego szef nie miał formalnego wykształcenia ani ochoty się uczyć, chciał tylko zrzucić na kogoś nudne obowiązki.

Trzy dni wcześniej narrator próbował przywrócić do życia kluczowy komputer, jedyny z oprogramowaniem do wysyłki, z setkami paczek czekających na nadanie. Doradził natychmiastową reinstalację systemu, ale właściciel firmy mu to uniemożliwił, kazał zachować wszystkie dane i usuwać programy pojedynczo, korzystając ze wsparcia telefonicznego. Narrator wykonywał polecenia, spędził godziny na telefonie i z tego powodu poszedł na lunch pół godziny później niż zwykle. Kiedy wrócił do biurka, stał tam jego szef, wściekły, że narrator zrobił sobie przerwę poza standardowymi godzinami.

Szef nalegał, żeby przerwa obiadowa zawsze odbywała się między dwunastą a trzynastą, bo to polityka firmy. Następnego dnia o dwunastej dwadzieścia pięć cała sieć padła, a narrator jeszcze nie poszedł na lunch. Nie mógł nic zrobić, bo firma wynajmowała biuro jako podnajemca i nie miała dostępu do routerów ani przełączników. Ustawił więc narzędzie do nagrywania ruchu sieciowego i ciągłe pingowanie, a sam poszedł na lunch.

Kiedy wrócił, szef stał przy jego biurku i powiedział pasywnie: „Przy okazji, sieć już działa”. Ale nie odważył się powiedzieć nic więcej. Narrator miał przygotowaną odpowiedź: „A nie mówiłem”. Następna historia wydarzyła się w McDonaldzie.

Restauracja znajdowała się blisko szkół, więc większość pracowników stanowili uczniowie. Gdy zaczęły się wakacje, pojawił się problem: pracownik szedł na przerwę, jadł posiłek i rozmawiał z kolegami, którzy wciąż pracowali w kuchni. To obniżało wydajność i stwarzało zagrożenie dla higieny. Kierownik wprowadził zasadę, że w trakcie przerwy nie wolno opuszczać pokoju socjalnego.

Wszystko działało, dopóki dzieci nie wróciły do szkoły. Wtedy zaczęły się problemy z obsadą podczas przerw i czasy realizacji zamówień gwałtownie rosły. Kierownictwo zniosło zakaz, żeby pracownicy mogli wracać wcześniej i pomagać. Ale potem wkroczył kierownik regionalny.

Nie spodobało mu się, że pracownicy pracują w skróconych przerwach, i przywrócił zakaz z dodatkowym ostrzeżeniem, że każdy, kto spróbuje wrócić do pracy podczas przerwy, dostanie naganę lub zostanie zwolniony. Nadszedł dzień dwudziestego kwietnia, dzień, w którym nikt nie chce pracować w żadnej restauracji szybkiej obsługi, a co dopiero w McDonaldzie. Od otwarcia lokalu było oblężenie, wezwano dodatkową pomoc z innych restauracji, w tym kierowników regionalnych i okręgowych. Przerwy przebiegały w miarę spokojnie, czasy realizacji były dobre.

Aż przyszła kolej na narratora. Ledwo usiadł z posiłkiem, ktoś zamówił czterdzieści siedem podwójnych ćwierćfuntowców. Zaraz potem ktoś w okienku drive-thru zamówił siedemdziesiąt pięć porcji po dwadzieścia kawałków nuggetsów. W kuchni zapanowała panika.

Narrator wygodnie siedział na krześle, przeglądał telefon i jadł, podczas gdy kuchnia ledwo nadążała. Czasy realizacji rosły, a kierownik okręgowy wpadł do pokoju socjalnego i zażądał, żeby narrator przerwał przerwę i pomógł. Narrator odpowiedział spokojnie: „Przykro mi, ale zgodnie z zasadami, które pan ustanowił, mogę dostać naganę lub zostać zwolniony za spełnienie pańskiej prośby”. I dalej przeglądał telefon.

Kierownik regionalny wszedł do pokoju i powiedział, że osobiście go zwolni, jeśli nie posłucha. Inna pracownica, która też miała przerwę, natychmiast wstała i wbiła kartę, mimo że zostało jej dziesięć minut. Narrator siedział dalej i ignorował ich. Po pół godzinie ludzie, którzy złożyli wielkie zamówienia, wzięli tylko to, co zdążono przygotować, i wyszli ze zwrotem prawie stu pięćdziesięciu dolarów każdy.

Klienci czekający na mniejsze zamówienia dostali karty podarunkowe, a wielu wyszło bez jedzenia. W sumie wydano prawie tysiąc pięćset dolarów w kartach podarunkowych, a straty w jedzeniu wyniosły prawie pięć tysięcy dolarów. Pracownicy zamykający lokal poszli do domu z kartonami burgerów, frytek i nuggetsów. Kierownicy regionalny i okręgowy zostali przeniesieni do innego regionu, a zasada została zmieniona tak, by pracownik mógł wracać wcześniej z przerwy za zgodą kierownika w razie natłoku.

Narrator, jako jedyny, który się nie ugiął, dostawał darmowe posiłki i napoje aż do przeprowadzki. Kolejna historia wydarzyła się w sklepie z drogimi meblami znanej szwedzkiej sieci. Siostra narratora pracowała tam jako księgowa. Na piętrze pracowało około dwudziestu osób, a najwyższym rangą był kierownik regionalny, jedyny Szwed w sklepie.

W biurze pracowało pięć osób: księgowi, HR, kupiec i szefowa biura. Kupiec, nazwijmy go Jakub, był kompetentny, wykonywał swoją pracę niemal idealnie, często pomagał innym i chodził na salę do klientów. Ale pracownicy sali go nie znosili. Nie mówili tego wprost, tylko powtarzali, że jest „dziwny”.

Pewnego dnia do sklepu przyjechał szef, Szwed, który zwykle pracował zdalnie. Przechodząc obok okien, zobaczył, jak Jakub zaczepia jedną z pracownic sali, wyraźnie zniecierpliwioną. Obserwował przez chwilę, aż zauważył, że Jakub kładzie jej rękę na udzie. Natychmiast zwołał całe biuro na spotkanie i zapytał Jakuba, co ten robi.

Jakub odpowiedział: „Tylko się droczymy”. W kraju narratora takie zachowanie bywa uznawane za normalne, a winą obarcza się ofiarę. Ale szef był z innego kraju i potraktował to poważnie. Mimo próśb Jakuba zarządził śledztwo w całym sklepie, także w biurze, bo podejrzewał, że pracownicy biura go kryją.

Siostra narratora myślała, że straci pracę, bo nigdy nie widziała szefa tak poważnego. Wyniki śledztwa były alarmujące. Każda z sześciu czy siedmiu pracownic sali przyznała, że była przynajmniej raz molestowana przez Jakuba, a niektóre mówiły o dotykaniu bez zgody. Szef zapytał, czemu nikt nie zgłosił sprawy.

Odpowiedziały, że się wstydziły i bały się odwetu. Szef przesłuchał też biuro, ale okazało się, że wszyscy byli zbyt zajęci, by cokolwiek zauważyć. Nikt nigdy nie groził żadnym odwetem, ale w tym kraju ludzie po prostu zakładali, że tak by było. Po półtora tygodnia odbyło się drugie spotkanie, na którym Jakubowi dano wybór: rezygnacja albo zwolnienie.

Nikt inny nie został ukarany, ale szef stanowczo powiedział, że takie zaniedbanie nie może się powtórzyć. Jakub do samego końca twierdził, że to nic takiego, i chodził po sklepie, narzekając wszystkim, łącznie z osobami, które molestował, że szef przesadza. Ludzie patrzyli na niego z pogardą, a on nic sobie z tego nie robił. Po dwóch tygodniach Jakub zadzwonił do szefowej biura z prośbą o referencje na nowe rozmowy o pracę.

Była zszokowana i zapytała, czy na pewno chce, żeby byli jego referencją. Jakub powiedział, że tak, bo wykonywał swoją pracę dobrze, więc powinna powiedzieć o nim dobre słowo. Co do incydentu, stwierdził, że to na pewno nic takiego i jeśli powie prawdę, nowi pracodawcy zrozumieją. Szefowa biura była kompletnie zaskoczona, ale Jakub nie dał jej dojść do słowa.

Powiedział: „Nie proszę o nic więcej. Wpisuję cię jako referencję. Jeśli ktoś zadzwoni, powiedz prawdę. Na pewno to nic takiego”.

Najwyraźniej nadal wierzył, że każdy, kto pozna jego wersję wydarzeń, przyzna mu rację. Kiedy wszyscy w biurze dowiedzieli się o tej rozmowie, również byli zdumieni. Poinformowali szefa, a on odpowiedział: „W porządku. Skoro Jakub tego chce, niech tak będzie”.

Od następnego dnia był w sklepie codziennie i zarządził, że wszystkie telefony dotyczące Jakuba mają być kierowane do niego. Kiedy w końcu zadzwonił potencjalny pracodawca, całe biuro przestało pracować i zaczęło podsłuchiwać. Dołączyło też kilka osób z sali. Siostra narratora słyszała tylko jedną stronę rozmowy, ale obraz był jasny.

Słychać było, jak szef mówi: „Czego miałbym się obawiać? Tylko tego jednego incydentu, przez który musieliśmy go zwolnić”. Potem wyjaśnił: „Na pewno panu powiedział, ale położył rękę na jednej z naszych pracownic bez jej zgody”. Po chwili ciszy dodał: „Tak, raz.

Tylko raz, gdy ja to widziałem. Każdy inny przypadek zdarzył się beze mnie”. Na koniec powiedział: „Tak, mam protokół ze spotkania, na którym zgodził się zrezygnować, żebyśmy nie podejmowali dalszych kroków. Proszę dzwonić, chętnie pomogę”.

Dwa dni później Jakub zadzwonił do szefowej biura, pytając, czy ktoś już dzwonił w sprawie referencji. Potwierdziła i zapewniła, że mówią prawdę o jego pracy. Jakub odparł: „Dziwne, bo odrzucono mnie na ostatniej rozmowie. Ciekawe, czemu”.

Miał naprawdę niewiele oleju w głowie, na dodatek do bycia kreaturą. Miejmy nadzieję, że nadal jest odrzucany na rozmowach i nie znalazł pracy, dla dobra innych. Ostatnia historia zaczyna się od pracy narratora jako lokalnego kierowcy dostawczego w zakładzie przetwórstwa stali. Firma przyjmowała blachy i konstrukcje stalowe, przetwarzała je na części dla klientów.

Część procesów, jak malowanie, zlecano zewnętrznemu wykonawcy, a potem odsyłano do wysyłki. Narrator miał ustaloną rutynę: rano dostarczał do lakierni i przywoził zamówienia pomalowane poprzedniego dnia. Potem podjeżdżał pod drugą przyczepę i woził gotowe zamówienia do klienta około siedemdziesięciu mil od zakładu. Ta dostawa miała sztywny termin o czternastej i nie mógł go przekroczyć.

Komunikacja między działami była słaba i to psuło cały proces. Dział planowania myślał, że dane zamówienie już powstało i pojechało do lakierni, podczas gdy produkcja nawet go nie zaczęła. Narrator spędzał popołudnia, jeżdżąc pustą ciężarówką w pogoni za fantomowymi zamówieniami, bo jakiś urzędnik chciał, żeby sprawdził. Albo woził pilne zamówienia do dostawców, o których zapomniano rano.

Głównym antagonistą był kierownik pierwszej zmiany produkcji. Ciągle wchodził narratorowi w drogę, próbując wcisnąć mu na ciężarówkę ostatnie dodatki, które prawie zawsze kolidowały z dostawą o czternastej. Narrator tłumaczył, że może zrobić te sprawy rano albo po południu, ale nie może mieszać mu w środku dnia. Kierownik był arogancki i wyniosły, a narratora szczególnie nie lubił, bo ten nie podlegał jego władzy i nie chciał się przed nim uginać.

Bezpośredni przełożony narratora był człowiekiem, który unikał konfliktów za wszelką cenę, więc narrator brał na siebie całe ciśnienie. Pewnego dnia kierownik przyszedł do wysyłki z dużym zamówieniem do lakierni. Narrator właśnie szykował się do wyjazdu do klienta na czternastą, ale miał trochę miejsca na ciężarówce. Zaproponował, że zawiezie te części w drodze powrotnej.

To nie wystarczyło kierownikowi. Części były opóźnione, musiały zostać pomalowane natychmiast, bo inaczej lakiernia zajęłaby się nimi dopiero następnego dnia. Do tego zamówienie wymagało specjalnego rodzaju farby, która przez pomyłkę trafiła do ich firmy zamiast do lakierni, i wszystko trzeba było przewieźć jak najszybciej. Zaczęła się zwykła sprzeczka.

Narrator tłumaczył, że ma ważną dostawę i może zrobić to, co kierownik chce, ale nie na jego rozkaz. Po gorącej wymianie zdań, w której kierownik zszedł do obelg niegodnych jego stanowiska, powiedział: „Dobra, sam to zawiozę drugą ciężarówką”. Firma miała mniejszy samochód dostawczy do okazjonalnych zadań. Kierownik postanowił zabrać go potajemnie, bez informowania działu wysyłki.

To nie był dobry pomysł, bo prowadzenie każdej z tych ciężarówek wymagało prawa jazdy kategorii C, którego kierownik nie miał. Narrator zwrócił mu na to uwagę, a kierownik odpowiedział, że jedzie tylko kawałek drogi i wszystko będzie dobrze. Narrator dodał, że nie ma też uprawnień do przewozu materiałów niebezpiecznych, bo farba nimi była. Kierownik wrzasnął: „Jadę tylko kawałek.

Zamknij się i napisz mi dokładną trasę do lakierni, bo i tak jesteś bezużyteczny”. Narrator zrobił, co kazał. Napisał idealne wskazówki, skręt za skrętem. Lakiernia była trzydzieści mil w górę drogi, ale narrator wiedział coś, czego kierownik nie wiedział.

Około piętnastu mil dalej znajdowała się stacja kontroli drogowej, przy której zawsze stali co najmniej dwaj policjanci stanowi, a jeden z nich zajmował się egzekwowaniem przepisów transportowych. Dodatkowo ciężarówka, którą chciał jechać kierownik, nie miała transpondera do automatycznego omijania wagi. Narrator wiedział, że kierownik, biorąc pod uwagę swoją ignorancję, nie będzie wiedział, że musi się zatrzymać na ważenie. Założył, że przejedzie obok, a policjant odstawi kawę i ruszy za nim.

I tak się stało. Policja zatrzymała kierownika i eskortowała go z powrotem na stację kontroli na dokładną inspekcję. Przemysł transportowy jest mocno regulowany, a kierownik nie znał przepisów. Inspektor znalazł mnóstwo naruszeń.

Po pierwsze, brak prawa jazdy kategorii C, co oznaczało grzywnę od dwóch i pół do dziesięciu tysięcy dolarów dla firmy, wykroczenie i zawieszenie prawa jazdy na dziewięćdziesiąt dni. Po drugie, brak uprawnień do przewozu materiałów niebezpiecznych, brak dokumentacji i brak tabliczek informujących o przewozie farby. To groziło karą pięćdziesięciu tysięcy dolarów dla firmy, a nawet wyższą, gdyby doszło do czyjegoś uszczerbku na zdrowiu. Na dodatek podczas eskorty kierownik rozmawiał przez telefon komórkowy, panicznie dzwoniąc do menedżera firmy.

Korzystanie z telefonu podczas jazdy to kolejne naruszenie, kolejne dwa i pół do dziesięciu tysięcy dla firmy. Ciężarówka została wycofana z użytku do czasu dostarczenia odpowiednich dokumentów i przyjazdu kierowcy z ważnym prawem jazdy. Kierownik nie mógł opuścić stacji, dopóki ktoś po niego nie przyjechał. Został zwolniony z pracy na miejscu.

Narrator został w biurze wysyłki po swojej popołudniowej dostawie i widział, jak wyprowadzano go z budynku. Nigdy oficjalnie nie dowiedział się, ile wyniosły kary, ale szacował, że dla kierownika były to tysiące, a dla firmy prawie sto tysięcy dolarów. Wiedział tylko, że firma pozwała kierownika, próbując odzyskać straty, chociaż nie zna wyniku tej sprawy.

Jedno jest pewne: kierownik sam wykopał sobie grób, a narrator miał z tego niezłą satysfakcję.