— Iwonka, przecież pracujesz w szpitalu. Wiesz, co to znaczy wysokie ciśnienie. Mama nie może teraz zostać sama. Paweł siedział naprzeciwko żony przy kuchennym stole i patrzył na nią tak, jakby od jej jednej decyzji zależało czyjeś życie.

Dłonie złożył niemal jak do modlitwy. Brakowało tylko, żeby uklęknął na kafelkach. Iwona powoli mieszała kawę i patrzyła na niego znad kubka. Para unosiła się jej przed twarzą.
— Paweł, twoja mama twierdzi, że miała 200 na 120, ale wyniki ma prawidłowe. EKG też. Widziałam zdjęcie wypisu, które ci wysłała. — Może akurat wtedy ciśnienie spadło.
— Oczywiście. A w sobotę cudownie odzyskała siły, bo sąsiadka widziała ją na rynku z dwiema pełnymi torbami. Podobno jeszcze pokłóciła się z kierowcą autobusu, bo nie chciał poczekać, aż usiądzie. Paweł opuścił wzrok.
Dobrze wiedział, że w sprawach medycznych nie ma z żoną większych szans. Iwona od dwunastu lat pracowała na oddziale kardiologii i umiała odróżnić chorobę od przedstawienia. Mimo to bała się. Bała się, że jeśli powie „nie”, on nigdy jej tego nie wybaczy.
Bożena przyjechała w niedzielę po południu. Ledwie przekroczyła próg, przyłożyła dłoń do piersi. — Oj, coś mi serce kołacze. Chyba jednak nie powinnam była wychodzić z domu.
Paweł natychmiast zabrał jej płaszcz i poprowadził ją do pokoju gościnnego. — Mamo, proszę, połóż się. Iwona zaraz zrobi ci napar z melisy. Iwona zrobiła napar.
Zrobiła też lekką kolację, bo Bożena oświadczyła, że od rana nie miała apetytu, ale potem ze smakiem zjadła wszystko, co stało na stole. Spoglądała przy tym tęsknie w stronę kuchni, gdzie Paweł chował do szafki ciastka. Wieczorem Iwona weszła do pokoju i zabrała pilot. — Telewizja poczeka.
Teraz potrzebuje pani odpoczynku. Dopiero wtedy zrozumiała, że to nie będzie wygodny odpoczynek u syna. To będzie domowe sanatorium, w którym Iwona zamierzała potraktować jej chorobę śmiertelnie poważnie. Następnego dnia rano do pokoju wpadło chłodne, poranne powietrze.
Iwona otworzyła okno i postawiła na stoliku szklankę z wodą. — Dziś zadzwonimy do przychodni i umówimy panią na dokładne badania. Bożena jęknęła cicho, ale Iwona już wychodziła z pokoju. Przez cały tydzień trzymała się planu.
Poranna herbata ziołowa zamiast kawy. Lekki obiad bez soli. Spacer po osiedlu, ale tylko piętnaście minut, „żeby nie przemęczać serca”. Wieczorem cisza, żadnego telewizora, żadnych nerwów.
Bożena znosiła to z coraz większym trudem. Raz zadzwoniła do Pawła i poprosiła, żeby po drodze z pracy kupił jej trochę szynki. Paweł wrócił z torbą, ale Iwona zajrzała do środka. — Za słona.
Przy takim ciśnieniu nie możemy ryzykować. Zrobię jej kurczaka na parze. Bożena patrzyła na talerz z kurczakiem tak, jakby ktoś podał jej truciznę. Mimo to za każdym razem, gdy Paweł wspominał o powrocie do jej mieszkania, natychmiast przykładała dłoń do piersi.
— Oj, chyba nie dam rady. Serce mi wali. Iwona miała nocny dyżur. Po nocnym dyżurze koleżanka zgodziła się ją zastąpić, więc wróciła do domu znacznie wcześniej niż zwykle.
Cicho otworzyła drzwi, zdjęła buty i już miała wejść do sypialni, kiedy nagle się zatrzymała. Ze środka dochodził głos Bożeny. Ale nie ten słaby, przeciągły i pełen westchnień, którym od ponad miesiąca przemawiała do Pawła. To był głos mocny, wyraźny, pełen energii.
Iwona przystanęła w przedpokoju. Ona po nocnym dyżurze zwykle śpi do południa. Po co budzić teściową, skoro akurat sobie rozmawia? — Mówię ci, Sylwia, to działa jak złoto — usłyszała zza drzwi.
— Paweł mi wierzy we wszystko. A ta jego żona? Myśli, że jest taka mądra, bo pracuje w szpitalu. A ja sobie siedzę, nóżki na stół, a ona mi przynosi herbatki i gotuje tego swojego kurczaka na parze.
Nie muszę nic robić. Wystarczy, że raz na jakiś czas złapię się za serce. Iwona zamarła. Słuchała dalej.
— Jak skończycie kuchnię, może wrócę do siebie. Ale pod warunkiem, że Paweł mi ją wykończy od deski do deski. On mi to obiecał. Tylko mu nie mów, że dzwoniłam.
Mam udawać, że ledwo zipię. Iwona weszła do pokoju Bożeny i rozejrzała się. Na szafce nocnej leżał telefon. Zrobiła zdjęcia każdej stronie.
Potem wróciła do kuchni i postawiła wodę na herbatę. Kiedy Bożena wyszła z pokoju, Iwona uśmiechnęła się słodko. — Jak się pani czuje? Może zmierzymy ciśnienie?
Bożena natychmiast przyłożyła rękę do piersi. — Oj, jakoś słabo. Paweł wrócił do domu niespełna godzinę później. Wpadł do przedpokoju bez słowa, blady, z rozpiętym płaszczem i przekrzywionym krawatem.
W ręce ściskał telefon. — Iwona, dzwoniłaś do mnie w nocy i mówiłaś, że serce ci wali. Iwona spokojnie oparła się o framugę. — Bo czasem naprawdę źle się czułam.
— Dlaczego do Sylwii? Nie mogę do niej jechać. Nie mam jej numeru. Iwona wyciągnęła telefon i pokazała mu zdjęcia.
Na każdym z nich Bożena rozmawiała z Sylwią. Ale nie była to rozmowa chorej kobiety. To była rozmowa kobiety, która od miesięcy udawała, że jest chora. Która oszukała własnego syna, żeby wykończył jej kuchnię za darmo.
Która pozwalała, żeby synowa gotowała jej kurczaka na parze i mierzyła ciśnienie, podczas gdy ona planowała, co jeszcze od nich wyciągnie. — Paweł — powiedziała cicho Iwona. — Twoja mama nie ma 200 na 120. Ona ma 120 na 80.
I ma plan. Paweł opadł na krzesło. Długo patrzył na zdjęcia. Potem wstał, wszedł do pokoju matki i zamknął za sobą drzwi.
Iwona słyszała tylko podniesiony głos, potem ciszę, a na końcu trzaśnięcie drzwiami wejściowymi. Bożena wyszła z mieszkania bez słowa. W salonie stały kartony, w przedpokoju leżały listwy, a dzieci biegały między pokojami i krzyczały od rana do wieczora. Wszystko wróciło do normy.
Telewizor nie grał do późna, a ciśnieniomierz wrócił do szuflady. Bożena nie dzwoniła od trzech tygodni. Paweł nie odbierał, kiedy dzwoniła. Iwona nie powiedziała mu wtedy wszystkiego.
Nie powiedziała mu, że widziała wiadomość od Sylwii, w której Bożena pisała: „Jak tylko wykończy kuchnię, wymyślę mu coś nowego. Może powiem, że potrzebuję opieki, bo mam depresję. Paweł mi uwierzy, on wierzy we wszystko, co mówię”. Iwona nie powiedziała mu też, że dopiero po tygodniu, kiedy Paweł zaczął o tym mówić spokojniej, opowiedziała mu całą historię.
Nie z zemsty. Po prostu potraktowała kłamstwo Bożeny z całą powagą i doprowadziła je do logicznego końca. Bożena trafiła do domowego sanatorium, w którym Iwona zamierzała potraktować jej chorobę śmiertelnie poważnie. I chyba właśnie to było najpiękniejsze w całej tej historii.
Bo czasem trzeba komuś uwierzyć na słowo, żeby pokazać mu, co to znaczy być naprawdę chorym.


