Usłyszała pukanie do drzwi późnym popołudniem. Przez wizjer zobaczyła Kalinę z tą samą zaciśniętą twarzą i kłującymi oczami. Wiedziała, że to nie będzie zwykła wizyta. „No Ela, przyszliśmy załatwić jedną sprawę” – powiedziała Kalina, a za nią stał Marek z oczami wbitymi w podłogę.

Elżbieta poczuła, jak serce jej wali. Minęły lata, odkąd Marek wyprowadził się z tymi samymi dwiema torbami, z którymi kiedyś przyszedł. Zostawił ją, a ona z trudem odbudowała sobie życie w tym mieszkaniu. Teraz on wrócił ze swoją nową rodziną, żeby upominać się o coś, co nigdy nie było ich.
„Jeśli pan dotknie zamka, wzywam policję” – powiedziała do ślusarza, który już wyciągał narzędzia. Pani Teresa zza jej pleców dodała: „Przy rozwodzie zgłaszał pan roszczenia do mieszkania? To jest próba wejścia do mieszkania wbrew woli właścicielki”. Dzielnicowy Nowak stał z boku, trzymając notes.
Obserwował. Nagrał wszystko, co powiedzieli. Marek próbował się tłumaczyć, ale każde jego słowo brzmiało pusto. „Jesteśmy legalni” – rzucił na odchodnym.
„No, no, schodzimy póki się ładnie mówi – odpowiedziała pani Teresa. – Bo jak ja zacznę mówić po swojemu, to cała klatka usłyszy”. Wieczorem Elżbieta siedziała w kuchni, czajnik gwizdał, ale zapomniała wsypać herbaty. Telefon leżał na stole ekranem do góry.
Przewijała w pamięci ich wspólne lata. Marek zawsze miał ręce do kieszeni, nie do roboty. Wolał papierosy i plotki niż pracę. A ona przez lata trzymała to mieszkanie w całości – malowała, kleiła tapety, wymieniała zawiasy, płaciła rachunki.
Każdy paragon chowała do szuflady. Nawet ten za deskę sedesową, z którego śmiała się z panią Teresą. Nie spała tej nocy. O trzeciej nad ranem podeszła boso do drzwi, nasłuchiwała.
Bała się, że wrócą. Ale nie wrócił nikt. Następnego dnia pani Teresa wyciągnęła ją do adwokata. „Nie idź do żadnego znajomego znajomej.
Dam ci numer do Andrzeja Witkowskiego” – powiedziała stanowczo. Andrzej przyjął ją w zagraconym gabinecie. Wypytał o wszystko – o daty, dokumenty, ich wspólne pożycie, o to, kto płacił czynsz, kto robił remonty, kto kupował meble. Słuchał uważnie, notował.
Na koniec powiedział, że przygotuje pozew. Kilka tygodni później wezwanie do sądu. Kalina i Marek nie przyszli sami – przyprowadzili pełnomocnika. Kancelaria, pisma, streszczenia.
W sądzie usłyszała, że Marek domaga się udziału w mieszkaniu. Mówił o „wspólnym pożyciu”, „zasadach słuszności” i „prawie do rekompensaty”. Sędzia miała przed sobą plik dokumentów. Elżbieta siedziała cicho, czekając na swój moment.
Adwokat przedstawił rachunki, umowy, potwierdzenia przelewów. Sędzia przejrzała każdy dokument. „Proszę pana, daty nie pasują do okresu, w którym Marek znał Elżbietę” – powiedziała do Marka, który spuścił wzrok. Kalina zacisnęła usta.
Po dwudziestu minutach sędzia ogłosiła, że oddala powództwo, a sprawa zostanie przekazana do prokuratury. Pod koniec Marek wyszedł szybko, Kalina za nim. Elżbieta została sama na korytarzu, patrząc, jak znika za drzwiami wyjściowymi. Wróciła do domu, do cichych ścian, do ciepłej herbaty i zwykłego wieczoru.
Podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. „No i dobrze” – mruknęła do siebie. Nic więcej nie musiała dodawać.


