Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, klient zbladł jak ściana. „Dycha panu nie starczy” – rzuciłem, patrząc na jego rozrząd. Ale kiedy spytał mnie, jaki to silnik, wszystko się zmieniło. Wyszedł z…

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, klient zbladł jak ściana. „Dycha panu nie starczy” – rzuciłem, patrząc na jego rozrząd. Ale kiedy spytał mnie, jaki to silnik, wszystko się zmieniło. Wyszedł z...

Zatrzymałem się przed warsztatem, a przede mną stał klient z bladą twarzą. Zapytał o koszt wymiany rozrządu w swoim samochodzie, a ja mu rzuciłem, że dycha nie starczy, że trzeba silnik wyciągać. Facet oniemiał. Dopiero po chwili zapytałem, jaki to silnik – dwudziesty czwarty czy dwudziesty ósmy.

Thumbnail

Okazało się, że dwudziesty czwarty, więc wystarczy pasek wymienić bez wyciągania silnika. Klient odetchnął z ulgą, ale ja poszedłem dalej. Spytałem, ile ma przejechane na tym pasku. Czterdzieści tysięcy i trzy lata.

Powiedziałem mu, żeby wracał do domu, bo pasek jeszcze spokojnie wytrzyma. Wyszedł z mieszanymi uczuciami – najpierw myślał, że całe miasto mu się na głowę wali, a potem usłyszał, że nie ma się czym martwić. Później wróciłem myślami do tamtych czasów, gdy warsztat miałem pod domem. Wskazałem w prawo, na miejsce, gdzie kiedyś stał nasz pierwszy warsztat.

Teraz stoi tam biały busik. Siedem lat spędziliśmy w tym miejscu, zanim przenieśliśmy się dalej. Wspominałem te czasy, bo teraz droga do pracy zajmuje mi czterdzieści kilometrów zamiast dwudziestu, przez zamknięty przejazd. Klientka zapytała, ile mam do domu.

Dwadzieścia trzy kilometry… no, prawie. Ale przez objazd robi się z tego czterdzieści. Zatrzymałem się przed zamkniętym przejazdem kolejowym, bo akurat przejeżdżał pociąg. Ktoś z widzów rzucił, że mogliśmy się złożyć na ten pociąg.

Zaśmiałem się, bo to już tradycja – zawsze w tym miejscu czeka się na skład. Ktoś inny zapytał o cenę robocizny. Dwieście złotych netto za roboczogodzinę. Wspomniałem, że dzisiaj przyjechał do mnie widz, który najpierw miał zostawić sporo pieniędzy, a skończyło się na tym, że nie zapłacił nic.

Ale taka robota – czasem trzeba pomóc, żeby ktoś wrócił. Wieczór zapadał, a ja obiecałem, że przygotuję odcinek na niedzielę. Bez fajerwerków, bo nie umiem tak składać filmów jak inni. Surowy materiał, prosto z warsztatu.

Ktoś zapytał, dokąd jadę. Do domu. Wracam, bo jutro wcześnie wstanę i zajmę się montowaniem. Pomyślałem o tamtych czasach, gdy pracowałem w innym miejscu.

Nawet gdy mnie zwolnili, wypłacili mi trzy miesiące i na koniec dorzucili dziewięć tysięcy. Dobra firma. Ale teraz mam swoje. Własny warsztat, własne historie.

Przejazd się otworzył, ruszyłem dalej. Jeszcze kawałek i będę w domu. Za oknem robiło się ciemno, a ja myślałem o tym, co ugryzę jutro. Może uda się skończyć odcinek przed wieczorem.

A potem znów do pracy. I znów przez ten przejazd.