Deszcz w Bieszczadach nie pada jak w mieście – uderza w szyby z taką złością, jakby chciał się wedrzeć do środka. Hanna siedziała w kuchni, opierając łokcie o ceratę pamiętającą czasy jej babci, i liczyła drobne. Znowu próbowała oszukać matematykę, żeby starczyło na buty dla Nikodema i opał. Miała trzydzieści dwa lata, ale w lustrze widywała kogoś znacznie starszego.

Samotne macierzyństwo w małej miejscowości, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, a praca w bibliotece ledwo pokrywa rachunki, potrafi wypić z człowieka resztki entuzjazmu. Miała jednak Nikodema – siedmiolatka śpiącego w pokoju obok, wtulonego w wytartego misia. To on był powodem, dla którego codziennie rano wstawała i udawała, że wszystko jest w porządku. Nagle nad hukiem wichury usłyszała coś dziwnego.
To nie był trzask gałęzi. To było pukanie – niepewne, ciche. Hanna zamarła. W tej okolicy nikt nie pukał po dwudziestej drugiej, zwłaszcza w taką pogodę.
Wstała powoli, czując serce w gardle, i podeszła do drzwi. – Kto tam? – zapytała, starając się, by głos brzmiał pewniej, niż była w rzeczywistości. – Przepraszam – dobiegł stłumiony męski głos.
– Samochód mi utknął. Nie mam zasięgu. Mogę prosić o pomoc? Zawahała się.
Intuicja podpowiadała, by nie otwierać. Ale w tym głosie nie było zagrożenia – było czyste wycieńczenie. Wyjrzała przez okienko w przedpokoju. W świetle lampy nad gankiem stał skulony mężczyzna, z którego woda lała się strumieniami.
Nie wyglądał na kogoś, kto planuje napad. Wyglądał na kogoś, kto zaraz zemdleje z wychłodzenia. Przekręciła klucz. Do środka wpadł podmuch zimnego powietrza i zapach mokrej ziemi.
Mężczyzna na progu był wysoki, ale teraz wydawał się mniejszy, przygnieciony pogodą. Miał na sobie przemoczoną kurtkę, która mimo błota wyglądała na porządną, ale Hanna nie znała się na markach. Dla niej był po prostu kolejnym turystą, który przecenił możliwości swojego auta na bieszczadzkich bezdrożach. – Dobry wieczór.
Bardzo przepraszam za najście – powiedział, szczękając zębami. – Michał jestem. Jechałem do Wetliny, ale nawigacja wyprowadziła mnie na leśną drogę. Auto siedzi w błocie po osie.
Hanna westchnęła. Wiedziała, o której drodze mówi. – Proszę wejść, bo mi pan całą sień zaleje. Niech pan zdejmie buty.
Dam panu kapcie po moim tacie. Michał wszedł niepewnie, zostawiając za sobą mokre ślady. Jeszcze rano siedział w biurze na czterdziestym piętrze warszawskiego wieżowca, pijąc kawę, która kosztowała więcej niż cały dzisiejszy obiad tej kobiety. Teraz stał w małym przedpokoju pachnącym suszonymi ziołami, czując się jak intruz.
– Naprawdę nie chciałem przeszkadzać – powtórzył, zdejmując kurtkę. – Już pan przeszkodził, więc niech pan teraz nie marudzi – ucięła Hanna, ale w jej głosie nie było złości, raczej swojska, wiejska pragmatyka. – Zrobię herbaty. Niech pan usiądzie w kuchni.
Kuchnia była mała, z niskim sufitem i piecem kaflowym, który wciąż oddawał ciepło. Michał usiadł na drewnianym krześle, czując, jak dreszcze wstrząsają jego ciałem. Obserwował ruchy Hanny – szybkie, pewne, wyćwiczone latami dbania o dom. Nie była umalowana, włosy miała spięte w niedbały kok, a mimo to bił od niej spokój, jakiego on nie zaznał od lat.
– Proszę, niech pan pije. Gorąca z miodem od sąsiada – postawiła przed nim kubek z wyszczerbionym uchem. Michał chwycił naczynie obiema dłońmi, próbując rozgrzać palce. Herbata była mocna, słodka i parzyła w język, ale smakowała lepiej niż jakikolwiek alkohol na bankietach.
– Dziękuję. Jestem pani winien… – zaczął, ale nie wiedział, jak dokończyć. – Nic pan nie jest winien.
Każdemu mogło się zdarzyć. Chociaż pchać się w taką pogodę na skróty przez las, to trzeba mieć fantazję – zaśmiała się krótko, siadając naprzejciwko. Przyjrzała mu się uważniej. Miał ładne rysy twarzy, ale pod oczami głębokie cienie.
Wyglądał na kogoś, kto ucieka przed czymś, czego nie można zostawić w lusterku wstecznym. On poczuł jej wzrok i przez chwilę miał ochotę powiedzieć jej, kim jest – że nazywa się Michał Starzecki, że jego nazwisko regularnie pojawia się na listach najbogatszych Polaków – ale ugryzł się w język. W tej kuchni nie był prezesem. Był facetem, który wjechał w błoto.
– Muszę jakoś wezwać pomoc drogową – sięgnął po telefon, ale ekran pozostał czarny. – Nawet jakby działał, to tu nie ma zasięgu. Trzeba podejść pod wzgórze, jakieś dwa kilometry stąd, ale w taką ulewę pana nie puszczę. Jeszcze wpadnie pan do potoku i będę miała kłopot.
Michał spojrzał za okno. Ciemność była gęsta jak smoła. – To co mam zrobić? Hanna popatrzyła na niego, potem na drzwi pokoju syna, a na koniec na starą kanapę w rogu kuchni.
Była twarda, obita materiałem w kwiaty, który dawno stracił kolory. – Możesz spać na sofie – powiedziała, przechodząc nagle na „ty”, co w bieszczadzkich domach działo się naturalnie, gdy ktoś dzielił się chlebem albo dachem. – Nie jest to luksus, ale przynajmniej dach nie przecieka. Rano, jak przestanie lać, pójdziemy do sąsiada.
Ma traktor, wyciągnie cię w pięć minut. Michał poczuł ulgę, która niemal go przytłoczyła. – Nie wiem, jak ci dziękować. Naprawdę zapłacę ci za…
– Nie wyjeżdżaj mi tu z pieniędzmi – zmrużyła oczy, a atmosfera spoważniała. – Gość w dom, Bóg w dom. Tak mnie uczono. Jeśli chcesz mi dziękować, to po prostu nie chrap zbyt głośno, bo mały ma lekki sen.
Wstała i przyniosła gruby wełniany koc oraz poduszkę. Michał patrzył na nią z niedowierzaniem. W jego świecie nikt nie robił nic za darmo. Każda przysługa miała cenę, każdy gest był wkalkulowany w strategię.
A ta kobieta, która najwyraźniej nie miała zbyt wiele, oddawała mu swoją kanapę, bo tak należało. Podała mu pościel. Ich palce na chwilę się zetknęły – jego dłonie wciąż były zimne, mimo gorącej herbaty. On natomiast poczuł coś, czego nie czuł od lat: autentyczne ludzkie ciepło.
– Łazienka jest tam, na końcu korytarza. Woda jest ciepła, tylko trzeba chwilę poczekać. Ręcznik zostawię ci na pralce – powiedziała, unikając jego wzroku. Kiedy został sam, usiadł na kanapie, która skrzypnęła pod jego ciężarem.
Rozejrzał się. Na lodówce wisiały rysunki dziecka – koślawe domki, uśmiechnięte słońce. Obok leżał stos nieotwartych kopert, a z jednej wystawał róg papieru napisem „wezwanie do zapłaty”. Poczuł ucisk w piersi.
On, człowiek, który mógłby kupić całą wieś i kilka sąsiednich bez mrugnięcia okiem, siedział w domu kobiety, która martwiła się o rachunki za prąd, a mimo to nie wahała się mu pomóc. W łazience, patrząc w lustro, zobaczył kogoś, kogo ledwo poznawał. Nie był to pewny siebie rekin biznesu, lecz zmęczony mężczyzna z resztkami błota na policzku. Umył twarz, czując, jak napięcie ostatnich miesięcy powoli go opuszcza.
Wrócił do kuchni, zgasił światło i położył się. Kanapa była niewygodna, sprężyny wbijały się w plecy, koc był szorstki. Ale słuchając miarowego stukotu deszczu, poczuł się bezpieczniej niż w apartamencie z kuloodpornymi szybami. Zasypiał, myśląc o tym, jak to możliwe, że ta kobieta nie boi się obcego.
Czy to bieszczadzka naiwność, czy coś, co on sam dawno zatracił – wiara w drugiego człowieka? W pokoju obok Hanna leżała bezsennie. Serce biło jej szybciej. Zastanawiała się, kim jest ten człowiek.
Miał drogi zegarek – zauważyła go, gdy podawała mu herbatę. Taki, o jakim czytała kiedyś w kolorowym piśmie u fryzjera, kosztujący tyle co jej dom. Ale oczy miał smutne i to właśnie ten smutek sprawił, że mu zaufała. Nie wiedziała, że Michał nie jest zwykłym turystą.
Nie wiedziała, że w jego samochodzie, który powoli zapadał się w błoto, leży teczka z dokumentami mogącymi wstrząsnąć giełdą. Dla niej był po prostu Michałem, który potrzebował suchego miejsca do spania. Noc minęła, a burza cichła, przechodząc w jednostajną mrzawkę. Dwoje ludzi z zupełnie innych światów spało pod jednym dachem, nieświadomych, że gdy wzejdzie słońce, nic już nie będzie takie samo.
Michał obudził się pierwszy. Przez małe okno wpadało blade poranne światło. W kuchni pachniało świeżo parzoną kawą. Usłyszał ciche głosy:
– Mamo, a kto to jest?
– zapytał szeptem dziecięcy głos. – To pan, któremu zepsuło się auto. Musi odpocząć. Nie budź go.
Otworzył oczy i zobaczył małego chłopca w piżamie w dinozaury, przyglądającego mu się zza framugi. Hanna stała przy kuchence, smażąc coś na patelni. Gdy zauważyła, że się poruszył, uśmiechnęła się lekko. – Dzień dobry.
Wyspał się pan? – zapytała, wracając do oficjalnego tonu, jakby ranek przywrócił bariery, które nocne rozmowy zdążyły zatrzeć. – Dzień dobry. Tak, nadspodziewanie dobrze – skłamał, prostując obolałe plecy.
– Śniadanie zaraz będzie gotowe. Placki z jabłkami. Nikodem je uwielbia, więc mam nadzieję, że panu też będą smakować. Usiadł przy stole, a chłopiec, zachęcony skinieniem głowy matki, usiadł obok.
– Masz fajny zegarek – wypalił nagle Nikodem, wskazując na nadgarstek Michała. – Świeci w ciemności. – Trochę świeci. Chcesz zobaczyć?
Hanna obserwowała ich kątem oka. Widziała, jak ten poważny, obcy mężczyzna łagodnieje w kontakcie z jej synem. Od lat w tym domu nie było mężczyzny, nie licząc sąsiada, który czasem wpadał naprawić kran. Gdy jedli śniadanie, Michał poczuł coś, co było mu obce – brak pośpiechu.
Nikt nie dzwonił, nikt nie żądał raportów. Były tylko placki z jabłkami smakujące dzieciństwem. – Muszę iść po sąsiada – powiedziała Hanna. – Nikodem zostanie z panem, jeśli to nie przeszkadza.
To tylko dziesięć minut drogi. – Oczywiście, nie ma problemu – odparł, choć wizja opieki nad siedmiolatkiem przerażała go bardziej niż fuzja dwóch banków. Kiedy wyszła, w kuchni zapadła cisza. Nikodem patrzył na Michała, a Michał na Nikodema.
– Jesteś bardzo bogaty? – zapytał nagle chłopiec prosto z mostu. Michał poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. – Dlaczego tak myślisz?
– Bo masz buty, które nie mają dziur. I taki samochód, co go widziałem przez okno, jest duży i czarny. Moja mama mówi, że takie auta mają tylko ludzie z telewizji. Michał uśmiechnął się smutno.
– Wiesz, Nikodem, bogactwo to nie tylko buty i samochody. Czasem można mieć to wszystko i czuć się bardzo biednym. Chłopiec zmarszczył brwi. – To bez sensu.
Jak masz pieniądze, to możesz kupić mamie nową pralkę, żeby nie musiała prać w rękach. I buty dla mnie, i dach naprawić. Słowa dziecka uderzyły go mocniej niż jakakolwiek analiza finansowa. Miał miliony na kontach, a nie potrafiłby naprawić pralki, gdyby od tego zależało jego życie.
W tym momencie usłyszał warkot traktora – Hanna wracała z sąsiadem. Jego krótka wizyta powinna się skończyć: wyciągnąć auto, podziękować, odjechać. Ale kiedy Hanna weszła do kuchni, czerwona od marszu, z iskrami w oczach, Michał wiedział, że nie chce tak po prostu odjechać. – Sąsiad już jedzie.
Zaraz wyciągniemy twoją maszynę. Wyszli na zewnątrz. Deszcz przestał padać, znad lasów unosiła się mgła. Powietrze pachniało wolnością.
Gdy traktor wyciągał jego luksusowe auto z błota, Michał stał obok Hanny i po raz pierwszy od dawna brud na karoserii wcale mu nie przeszkadzał. – Słuchaj – powiedział, gdy auto stało na twardym gruncie. – Muszę jechać. Mam spotkanie, którego nie mogę odwołać.
Ale czy mógłbym wrócić? Hanna spojrzała zaskoczona. – Wrócić? Po co?
Przecież tu nic nie ma. Tylko las i błoto. – Właśnie dlatego. Milczała chwilę, po czym wzruszyła ramionami.
– Droga jest wolna. Tylko następnym razem nie jedź na skróty. Wsiadł do samochodu. Spojrzał w lusterko wsteczne na mały biały dom znikający we mgle.
Nie wiedział, że gdy wróci do Warszawy, jego świat zacznie się sypać. Ale wiedział jedno: na skraju lasu jest kanapa, na której po raz pierwszy od lat mógł spokojnie zasnąć. Gdy odjechał, Hanna wróciła do kuchni. Na stole, pod pustym kubkiem po herbacie, znalazła coś, czego się nie spodziewała.
Nie były to pieniądze. To była mała złota spinka do mankietu z wygrawerowanymi inicjałami „MS”. – Mamo, patrz! Pan zostawił swój skarb – zawołał Nikodem.
Hanna wzięła spinkę. Była ciężka i zimna. Czuła dziwny niepokój. Kim tak naprawdę był ten człowiek?
Tymczasem Michał, pędząc w stronę cywilizacji, sięgnął po telefon, który w końcu wysechł. Ekran zalała fala powiadomień. Sto nieodebranych połączeń, pięćdziesiąt wiadomości: „Gdzie jesteś? Mamy problem.
Giełda reaguje panicznie”. Zignorował je wszystkie. Zamiast tego otworzył mapę i zaznaczył punkt w środku lasu. Punkt bez nazwy, który teraz wydawał mu się jedynym stałym lądem na oceanie chaosu, w który wpływał.
Nie wiedział jeszcze, że za kilka dni straci prawie wszystko, co budował przez lata. I nie wiedział, że jedyną osobą, która się od niego nie odwróci, gdy stanie się nikim, będzie kobieta, która zaoferowała mu spanie na starej skrzypiącej sofie. Warszawa przywitała go szarością. Gdy tylko wjechał na podziemny parking, poczuł, jak pętla, którą na chwilę poluzował w małej kuchni Hanny, znowu zaciska się na jego szyi.
Bartłomiej, jego wspólnik i rzekomy przyjaciel, dzwonił po raz piętnasty. Michał nie odebrał. Siedział w ciszy, patrząc na swoje odbicie w szybie – brudny, nieogolony, z resztkami błota na butach. Wyglądał jak ktoś, kto przegrał życie, a paradoksalnie czuł się bardziej żywy niż przez ostatnie dziesięć lat.
W siedzibie firmy rozmowy w holu ucichły. Weszli do gabinetu Bartłomieja bez pukania. – Gdzieś ty był, do jasnej cholery? – ryknął wspólnik.
– Wyłączyłeś telefon, zniknąłeś na dwa dni, a giełda oszalała. Zarząd chce cię odsunąć. – Utknąłem w błocie – powiedział cicho. – W błocie?
Mamy kontrakt stulecia do podpisania, a ty mówisz mi o błocie? – Bartłomiej podszedł bliżej. – Słuchaj, przygotowałem oświadczenie. Powiemy, że miałeś problemy zdrowotne.
Musisz wejść na salę i pokazać, że panujesz nad sytuacją. Michał spojrzał na swoją dłoń. Brakowało na niej złotej spinki. Przypomniał sobie Hannę krojącą jabłka i Nikodema pytającego o zegarek.
– Nie wejdę tam, Bartek. Niech robią, co chcą. Mam to gdzieś. Bartłomiej zamarł.
– Ty naprawdę oszalałeś? Ta wieśniaczka cię otruła? Co się tam stało w tych górach? Michał uśmiechnął się po raz pierwszy od powrotu.
– Stało się coś, czego ty nigdy nie zrozumiesz. Ktoś podał mi rękę, nie wiedząc, ile mam na koncie. W Bieszczadach życie toczyło się swoim rytmem, choć dla Hanny stało się niespokojne. Siedziała w bibliotece, ale myśli krążyły wokół nieznajomego.
Spinka, którą zostawił, leżała ukryta w jej kieszeni. Kilka razy chciała o nią zapytać u jubilera, ale coś ją powstrzymywało. Bała się, że poznanie jej wartości zmieni tę historię w problem. – Pani Haniu, znowu pani w chmurach – zagadnął Wojciech, starszy mężczyzna przychodzący do biblioteki po gazety.
– Słyszała pani? Podobno w Wetlinie jakiś bogacz zostawił auto w rowie i przepadł. Ludzie gadają, że to jakiś szpieg. – Pewnie zwykły turysta, panie Wojtku – odpowiedziała, czując, jak krew uderza jej do twarzy.
Po pracy wróciła do domu, wyciągnęła spinkę i wpisała w stary laptop: „Michał S. biznesmen Warszawa”. Wyniki sprawiły, że zrobiło jej się słabo. Z ekranu patrzył na nią ten sam człowiek, który spał na jej kanapie w dziurawych skarpetkach, tyle że na zdjęciach miał garnitury warte więcej niż jej dom i stał obok premierów.
Poczuła gniew. Dlaczego jej nie powiedział? Czy bawił się w księcia i żebraka? Czuła się oszukana, jakby jej gościnność została wystawiona na próbę w głupim reality show.
Ale przypomniała sobie jego oczy – ten smutek, którego nie da się sfałszować – i to, jak patrzył na Nikodema. „Bogaci też mogą być nieszczęśliwi” – pomyślała, ale zaraz skarciła się za naiwność. Jej problemy były realne: brak opału, psująca się pralka, długi. Wieczorem listonosz przyniósł polecony.
To było ostateczne wezwanie do zapłaty za zaległe raty kredytu na remont dachu. Jeśli nie zapłaci w dwa tygodnie, bank rozpocznie procedurę przejęcia nieruchomości. Usiadła na kanapie, na której spał Michał. Spojrzała na złotą spinkę.
Wiedziała, że jej sprzedaż spłaciłaby część długu. Ale to byłoby jak kradzież. W Warszawie Michał przechodził przez piekło. Zarząd, podjudzany przez Bartłomieja, odsunął go od decyzji.
Zmuszono go do bezterminowego urlopu zdrowotnego. Jego biuro zaplombowano, konta zablokowano. W ciągu jednej nocy stał się pariasem we własnym imperium. Narzeczona Laura przestała odbierać telefony – z portali plotkarskich dowiedział się, że widziano ją na kolacji z jego konkurentem.
– No i proszę – powiedział do pustego salonu. – Zostało mi tylko to, co mam na sobie. Nagle przypomniał sobie o spince. Przeszukał kieszenie, torbę, samochód.
Nigdzie jej nie było. Zrozumiał, że musiała zostać u Hanny. To była pamiątka po ojcu, jedyna rzecz o wartości sentymentalnej, jaką posiadał. Ale zamiast rozpaczy poczuł ulgę.
To był znak – wszystko, co stare, musiało zniknąć, by mogło pojawić się nowe. Zapakował do torby kilka ubrań, zabrał gotówkę z sejfu i zszedł do garażu. Nie wziął luksusowego auta. Wziął stary samochód terenowy, który trzymał z sentymentu do rajdów.
W garażu czekał Bartłomiej. – Michał, co ty robisz? Prawnicy już pracują. Jeśli znikniesz, oskarżą cię o działanie na szkodę spółki.
Zniszczą cię. Michał opuścił szybę. – Już mnie zniszczyliście. Tylko zapomnieliście o jednym: kiedy człowiek nie ma już nic do stracenia, staje się naprawdę wolny.
– Dokąd jedziesz? Do tej swojej dziury w lesie? Myślisz, że ta kobieta cię przyjmie, jak dowie się, że jesteś bankrutem? – szydził wspólnik.
Michał nie odpowiedział. Ruszył z piskiem opon, czując, jak z każdym kilometrem ciężar na klatce piersiowej staje się lżejszy. Nie jechał jako miliarder. Jechał jako człowiek potrzebujący schronienia.
Zajechał pod dom Hanny o świcie. Dom wyglądał tak samo, z dymem unoszącym się z komina, ale przed bramą stał samochód z logo firmy windykacyjnej. Dwóch mężczyzn w ciemnych kurtkach rozmawiało z wyraźnie zdenerwowaną Hanną. Nikodem stał za jej plecami, trzymając się kurczowo spódnicy.
– Co tu się dzieje? – zapytał, podchodząc. W oczach Hanny nie było radości z jego powrotu. Był ból, wstyd i coś, co przypominało oskarżenie.
– Co pan tu robi? – zapytała chłodno. – Mało panu było zabawy naszym kosztem? – Hanno, o czym ty mówisz?
– Wiemy, kim pan jest – przerwała mu, a głos jej drżał. – Sprawdziłam w internecie. Jest pan wielkim prezesem z Warszawy. Po co pan tu wrócił?
Żeby popatrzeć, jak nas wyrzucają z domu? Windykator prychnął. – Proszę pani, nie mamy czasu na sceny. Albo podpisuje pani dokumenty, albo sprawa idzie do egzekucji komorniczej.
Dług jest bezsporny. Michał spojrzał na dokumenty. Kwota, która dla Hanny była wyrokiem, dla niego była równowartością obiadu z kontrahentami, ale teraz, z zablokowanymi kontami, nie mógł po prostu wyciągnąć czeku. – Ile mają czasu?
– zapytał windykatora. – Tydzień na wpłatę całości, albo zaczynamy licytację. Windykatorzy wsiedli do auta i odjechali. Michał stał na środku podwórka, czując się bardziej bezradny niż wtedy, gdy auto utknęło w błocie.
Miał plan, by wrócić i zacząć od nowa, ale nie wziął pod uwagę jednego: jego świat, nawet ten utracony, zawsze będzie rzucał cień na ludzi, których pokochał. – Wyjdź stąd – powiedziała cicho Hanna, biorąc Nikodema za rękę. – Nie chcemy twojej litości ani twoich pieniędzy. Poradzimy sobie sami.
– Hanno, proszę… Ale ona już wchodziła do domu, trzaskając drzwiami. Został sam na podwórku. Mógłby odjechać, wrócić do Warszawy i walczyć o miliony, ale zrozumiał, że te miliony nie są warte tyle co zaufanie tej kobiety.
Usiadł na pniu ściętej jabłoni. Musiał wymyślić sposób, by jej pomóc, nie raniąc jej dumy. Nie wiedział, że w Warszawie Bartłomiej odkrył, iż Michał przed wyjazdem zdążył przekazać wszystkie prywatne udziały w fundacji charytatywnej, do której nikt z zarządu nie miał dostępu. Michał nie był już miliarderem na papierze.
Był człowiekiem z wizją, która zaczynała nabierać kształtów w bieszczadzkim lesie. Przez kilka dni Michał nie odjechał. Rozbił namiot na skraju lasu, tuż poza granicą działki Hanny. Widziała go z okna kuchni – rąbał drewno, nosił wodę, starał się nie wchodzić im w drogę, a jednocześnie być w zasięgu wzroku.
Nikodem był nim zafascynowany i kilka razy wymykał się z domu, by porozmawiać z „panem od zegarka”. Hanna początkowo zabraniała, ale widząc, jak chłopiec odżywa, jak Michał uczy go rozpoznawać ślady zwierząt i rozpalać ognisko bez zapałek, powoli miękkła. Pewnego wieczoru, gdy słońce chowało się za połoninami, wyszła z domu z kubkiem gorącej herbaty. – Herbata?
– zapytała krótko. Michał wstał zaskoczony. – Myślałem, że wciąż chcesz, żebym zniknął. – Nikodem cię lubi.
A ja chyba byłam zbyt ostra. Po prostu przestraszyłam się tego wszystkiego. Nasz świat jest mały. Twoje pieniądze, twoje problemy – to nas przerasta.
– Już nie mam tych pieniędzy – powiedział spokojnie, patrząc w ogień. – Straciłem firmę, dom, wszystko. Zostało mi tylko to auto i to, co mam w głowie. – Jak to?
Przecież byłeś… – Byłem więźniem własnego sukcesu. Ludzie, których uważałem za przyjaciół, zdradzili mnie, gdy tylko poczuli krew. Ale wiesz co?
To najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała. Dzięki temu zrozumiałem, że jedyną rzeczą, która ma wartość, jest to, co robimy dla innych. Wyciągnął z kieszeni plik dokumentów. – To nie są pieniądze.
To projekt. Chcę tu zostać. Chcę odkupić od gminy stary tartak, który niszczeje dwa kilometry stąd. Chcę stworzyć miejsce dla ludzi takich jak ja – wypalonych, zagubionych, którzy potrzebują pracy rękami i spokoju.
I chcę, żebyś ty mi w tym pomogła. Potrzebuję kogoś, kto zna tutejszych ludzi. Hanna milczała długo, patrząc na jego sponiewierane dłonie. – A co z moim domem?
Za trzy dni przyjdzie komornik. Michał uśmiechnął się lekko. – Spinka. Sprzedałem ją wczoraj w Rzeszowie.
To był unikat, pamiątka po ojcu. Starczyło na spłatę twojego kredytu i jeszcze zostało na nową pralkę dla ciebie i rower dla Nikodema. Hanna poczuła, jak serce jej zamiera. – Zrobiłeś to dla nas?
Przecież mówiłeś, że to jedyna rzecz, jaką miałeś. – Nie, Hanno. Jedyną rzeczą, jaką mam, jest nadzieja, że pozwolisz mi jutro rano zjeść z wami śniadanie. W tym momencie zrozumiała, że obcy człowiek, który kiedyś przypadkiem zapukał do jej drzwi, przestał być obcy.
Ale nie wiedzieli, że Bartłomiej nie poddał się tak łatwo. Właśnie wysyłał w Bieszczady prywatnego detektywa, by znaleźć dowody na to, że Michał ukrywa majątek. Wojna dopiero się zaczynała. Poranek w Bieszczadach nie wybacza lenistwa.
Gdy pierwsze promienie słońca przebijały mgłę, Hanna była już na nogach, a w kuchni pachniało kawą – tym razem nie tą tanią. Michał przyniósł paczkę z samochodu. To był drobiazg, ale w tym domu znaczył więcej niż biżuteria. Siedzieli przy stole w milczeniu, które nie było już ciężkie od podejrzeń.
Michał miał na sobie stary sweter po ojcu Hanny, nieco za krótki, ale ciepły. Jego dłonie, jeszcze niedawno gładkie, teraz zdobiły pierwsze pęcherze od rąbania drewna. – Naprawdę chcesz to zrobić? – zapytała Hanna.
– Tartak to nie zabawa dla kogoś, kto nie odróżnia świerka od jodły. A ludzie tutaj nie ufają obcym, zwłaszcza takim z Warszawy. – Hanno, ja nie mam już tam do czego wracać. Tamten świat mnie wypluł, a ja mu na to pozwoliłem.
Tartak to tylko początek. Chcę, żeby to miejsce znowu żyło, żeby ludzie nie musieli stąd uciekać za chlebem. Nie znam się na drzewach tak jak ty, ale znam się na tym, jak sprawić, żeby coś, co umiera, zaczęło przynosić zysk. Pomożesz mi?
Zawahała się. Przez lata budowała mur, by nikt nie mógł jej zranić. Samotność była bezpieczna. Ale teraz, patrząc na faceta, który oddał ostatnią cenną rzecz, by spłacić jej długi, poczuła, że mur zaczyna pękać.
– Pokażę ci ten tartak, ale ostrzegam, to ruina. Droga prowadziła przez las ścieżką, którą Hanna znała na pamięć. Stary tartak stał nad potokiem. Kiedyś tętnił życiem, ale od śmierci właściciela niszczał: dach częściowo zapadł się, maszyny pokryła rdza, okna straciły szyby.
Michał zamiast się skrzywić, zaczął krążyć wokół fundamentów. Wyciągnął zwykły notes w kratkę. – Konstrukcja jest solidna. Drewno na więźbę mamy pod nosem.
Maszyny to w większości złom, ale silniki można przewinąć. Widzisz, Hanno? Tu nie trzeba tylko ciąć desek. Można robić meble.
Prawdziwe bieszczadzkie meble z litego drewna, za które w mieście zapłacą fortunę. Hanna patrzyła z powątpiewaniem, ale w głębi duszy zaczęła kiełkować nadzieja. Pierwszy raz od lat nie myślała o tym, jak przeżyć do pierwszego, ale o tym, co będzie za miesiąc, za rok. Tymczasem we wsi zaczęło huczeć.
Sklep u pani Jadzi był centrum lokalnego wywiadu. Kiedy tylko Michał pojawił się po gwoździe i chleb, wszystkie oczy spoczęły na nim. – To ten od Hanny? – szepnęła jedna z kobiet.
– Ten sam. Podobno auto ma za miliony, a u niej na kanapie śpi. Coś tu nie gra. Taki chłop i nagle mu się tartaku zachciało.
To jakiś przekręt. Plotka rozprzestrzeniała się jak ogień na suchej połoninie. Nikt nie wierzył w bezinteresowność. Dla większości Michał był wariatem albo kimś, kto szuka miejsca na ukrycie brudnych pieniędzy.
Dwa dni później pod sklepem zaparkował czarny, lśniący samochód. Wysiadł z niego mężczyzna w dobrze skrojonym płaszczu – Dariusz, człowiek wynajęty przez Bartłomieja. Wszedł do sklepu, a rozmowy ucichły. – Dzień dobry.
Szukam pewnego człowieka – położył na ladzie zdjęcie Michała. – Michał Starzecki. Podobno widziano go w tej okolicy. Pani Jadzia spojrzała na zdjęcie.
Wiedziała, kim jest człowiek na fotografii, ale bieszczadzka lojalność była silniejsza niż ciekawość obcego. – Dużo ludzi tu przyjeżdża, panie złoty. Turyści, grzybiarze. Kto by ich spamiętał.
Dariusz uśmiechnął się zimno, wyciągnął stuzłotowy banknot. – To nie jest turysta. Ma pewne zaległości w mieście. Chcę mu pomóc je uregulować.
Jadzia spojrzała na banknot z pogardą. – U nas w górach, jak ktoś ma zaległości, to płaci pracą, a nie ucieczką. A pieniądze niech pan schowa, bo za kłamstwo można tu dostać w zęby. Dariusz schował banknot, nie tracąc rezonu.
Wiedział już, że Michał tu jest – opór mieszkańców był najlepszym potwierdzeniem. Wyszedł i ruszył w stronę domu na uboczu. W tym samym czasie Michał i Hanna pracowali przy tartaku. Udało im się uprzątnąć główną halę.
Michał był uwalany w pyle, ale uśmiechał się szeroko. Nikodem biegał dookoła, udając wielkiego budowniczego. – Hanno, zobacz! – Michał wyciągnął spod sterty desek starą, ręcznie rzeźbioną tabliczkę.
– „Nadzieja”. Tak nazywał się ten tartak przed wojną – powiedziała Hanna. – Mój dziadek tu pracował. Mówił, że to było serce tej doliny.
– I znowu będzie – dotknął wyżłobionych liter. – Obiecuję ci to. Nagle Nikodem przestał biegać. – Mamo, ten pan idzie do nas, ten w ładnym płaszczu.
Hanna poczuła chłód. Michał wyprostował się, a jego twarz znowu stała się maską, którą nosił w Warszawie. To nie był już radosny pomocnik. To był prezes Starzecki, który przeczuwał atak.
Dariusz stanął kilka metrów od nich, nie przejmując się błotem na drogich butach. – Michał, miło cię widzieć w tak malowniczych okolicznościach – powiedział z sarkazmem. – Bartek się niepokoi. Myślał, że coś ci się stało.
A ty sobie urządzasz wakacje na wsi? Michał zrobił krok do przodu, zasłaniając Hannę i Nikodema. – Powiedz Bartkowi, że wakacje się skończyły. Nie mam mu nic do powiedzenia.
Wszystko, co było nasze, jest teraz jego. Niech się tym udławi. – Och, Michał, nie bądź dzieckiem – westchnął Dariusz, wyciągając telefon. – Przekazałeś udziały fundacji, ale zapomniałeś o kilku szczegółach w statucie.
Bartek ma prawników, którzy rozniosą te fundacje w tydzień. Chyba że wrócisz i podpiszesz ugodę. Oddasz resztę, a on pozwoli ci odejść z tym, co masz w kieszeniach. – Nie wracam.
A teraz zejdź z mojego terenu. – Twojego terenu? – Dariusz rozejrzał się po ruinach i zaśmiał się. – To wysypisko śmieci nazywasz swoim terenem?
Michał, spójrz na siebie. Wyglądasz jak kloszard. Myślisz, że ona przy tobie zostanie, jak komornik zapuka do tych drzwi? Bo zapuka, uwierz mi.
Sprawdziliśmy wszystko – jej długi, jej sytuację. W Hannie wezbrała wściekłość. Bieszczady nauczyły ją, że przed drapieżnikiem nie ucieka się, tylko patrzy mu prosto w oczy. – Panie w płaszczu – odezwała się, wychodząc zza pleców Michała.
– Nie wiem, kim pan jest, ale radzę panu jedno: niech pan stąd idzie, zanim zawołam sąsiadów. A u nas sąsiedzi mają bardzo krótką cierpliwość do ludzi, którzy obrażają ich gości. Dariusz spojrzał na nią z góry, ale w jego oczach pojawił się cień niepewności. – To nie pani sprawa.
– To moja sprawa, bo to jest mój tartak, moja ziemia i mój dom – skłamała bez mrugnięcia okiem, choć formalnie tartak wciąż należał do gminy. – Proszę opuścić posesję. Dariusz wzruszył ramionami. – Jak chcecie.
Ale pamiętaj, Michał: Bartek nie lubi przegrywać. To nie jest ucieczka, to wyrok na tych ludzi. Zastanów się, czy ich życie jest warte twojej dumy. Odwrócił się i odszedł.
Nikodem podbiegł do Michała i złapał go za rękę. – On był zły, mamo. – Michał… – zaczęła Hanna.
– Miał rację w jednym – przerwał jej matowym głosem. – Sprowadziłem na was kłopoty. Bartek nie odpuści. Muszę jechać do Warszawy.
Muszę to skończyć, zanim oni naprawdę zrobią wam krzywdę. – Nie – Hanna złapała go za ramię. – Jeśli teraz pojedziesz, już nie wrócisz. Oni cię tam zniszczą.
Tu jesteś u siebie. Tu masz nas. Michał spojrzał na nią i po raz pierwszy zobaczył w jej oczach coś więcej niż współczucie – determinację, by o niego walczyć. To było potężniejsze niż jakikolwiek kontrakt.
Wieczorem atmosfera była napięta. – Musimy pogadać z wójtem – powiedziała Hanna. – Jeśli oficjalnie przejmiemy tartak i zaczniemy pracę, trudniej będzie ich stąd ruszyć. Prawo na wsi działa inaczej niż w mieście.
Tu liczy się to, co robisz. – Jutro rano tam pójdę. Ale Hanno, dlaczego to robisz? Dlaczego ryzykujesz wszystko dla kogoś, kogo znasz od kilku dni?
Hanna usiadła naprzeciwko. – Bo kiedyś ktoś mi powiedział, że w życiu nie liczy się to, ile razy upadniesz, ale to, kto poda ci rękę, żebyś mógł wstać. Ty podałeś mi rękę, kiedy bank chciał mi zabrać dom. Teraz moja kolej.
Poza tym – uśmiechnęła się smutno – Nikodem dawno nie był taki szczęśliwy. Potrzebuje kogoś, kto nauczy go, jak być mężczyzną. A ja widzę, że ty też tego potrzebujesz. Potrzebujesz być kimś więcej niż tylko nazwiskiem na liście najbogatszych.
Noc minęła spokojnie, ale rano wieś obudziła się z nową wiadomością. Ktoś w nocy zdewastował maszyny w tartaku. Nie ukradli niczego – po prostu wszystko, co dało się zniszczyć młotem, zostało rozbite. To była wiadomość od Dariusza albo Bartłomieja.
Ostrzeżenie, że nigdzie nie są bezpieczni. Michał stał pośrodku zrujnowanej hali, patrząc na szczątki silnika, który jeszcze wczoraj planował naprawić. Poczuł zimną, wyrachowaną wściekłość – ten rodzaj gniewu, który pozwolił mu kiedyś zbudować imperium z niczego. – Myślą, że złamią mnie stertą złomu – szepnął do Hanny.
– Nie znają mnie. W tym momencie na podwórze wjechał stary traktor Wojciecha, a za nim szło kilku innych mężczyzn z wioski. Mieli narzędzia, spawarki i zacięte miny. – Słyszeliśmy, że ktoś tu narozrabiał – powiedział Wojciech.
– My w Bieszczadach nie lubimy, jak obcy porządki za nas robią. To przyszliśmy pomóc. Michał patrzył z niedowierzaniem. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj patrzyli na niego z ukosa, stali teraz ramię w ramię.
– Ale ja nie mam wam jak zapłacić – wykrztusił. Wojciech machnął ręką. – Hanna to nasza dziewczyna, a ty, skoro chcesz tartak stawiać, to znaczy, żeś swój. Zapłacisz, jak pierwszą deskę sprzedasz.
A teraz odsuń się, młody, bo my wiemy, jak te maszyny ugryźć. Przez cały dzień tartak tętnił życiem. Dźwięk szlifierek, stukot młotków i nawoływania niosły się po dolinie. Michał pracował ciężej niż wszyscy.
Nie był prezesem. Był jednym z nich. Hanna i inne kobiety przyniosły jedzenie, na zewnątrz zapłonęło ognisko. Wieczorem, gdy wszyscy poszli, a Michał i Hanna zostali sami przy dogasającym ogniu, telefon Michała zaświecił się.
To była wiadomość od Anny, dawnej sekretarki, jedynej lojalnej osoby: „Michał, oni wiedzą o fundacji. Bartek wynajął ludzi, żeby znaleźli cokolwiek na Hannę. Chcą ją oskarżyć o wyłudzenie pieniędzy od ciebie, kiedy rzekomo byłeś w szoku po wypadku. Mają sfałszowane zeznania lekarza.
Uciekajcie stamtąd”. Michał poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Walka o pieniądze to jedno, ale wciąganie w to niewinnej kobiety to szczyt podłości. – Co się stało?
– zapytała Hanna. Pokazał jej wiadomość. Przeczytała powoli, po czym usiadła ciężko na pniu. – Wyłudzenie?
Ja przecież nawet nie wiedziałam, że masz jakieś pieniądze. – Wiem o tym. I oni też wiedzą. Ale w sądzie liczą się dowody, nawet te sfabrykowane.
Hanno, oni nie spoczną, dopóki mnie nie złamią, a ty jesteś moim najsłabszym punktem, bo cię kocham. Słowa zawisły w powietrzu, cichsze niż trzask ognia, ale mocniejsze niż jakikolwiek krzyk. W jej oczach pojawiły się łzy. – Powiedziałeś to?
– szepnęła. – Powiedziałem. I dlatego nie mogę pozwolić, żebyś przeze mnie trafiła do więzienia. Muszę wrócić do Warszawy.
Muszę się z nimi zmierzyć na ich terenie. Tylko tak mogę was ochronić. Hanna wstała i podeszła do niego. Położyła dłonie na jego policzkach – szorstkich od pracy, ale dotyk delikatny jak jedwab.
– Nie pojedziesz tam sam. Pojedziemy razem. Nikodem zostanie u Wojciecha, a my pojedziemy do tej twojej Warszawy i pokażemy im, że bieszczadzkie błoto nie tak łatwo zmyć. Michał uśmiechnął się przez łzy.
– Jesteś niesamowita. Wiesz o tym? – Wiem. A teraz chodźmy do domu.
Musimy się spakować. Jutro rano ruszamy na wojnę. Nie wiedzieli, że w tej samej chwili Dariusz, siedząc w hotelu w Ustrzykach Dolnych, odbierał telefon od Bartłomieja. – Jutro rano mają wyjechać – powiedział Dariusz.
– Mam przygotowaną blokadę na drodze do Rzeszowa. Nie dojadą do Warszawy. Załatwimy to po drodze. Bitwa o tartak „Nadzieja” przenosiła się na inny poziom.
Ale Michał nie był już tym samym człowiekiem, który kilka dni temu błagał o kawałek koca. Miał przy sobie kobietę, która była jego siłą, i całą wioskę ludzi, którzy po raz pierwszy od lat uwierzyli, że jutro może być lepsze. A to była broń, której Bartłomiej nie uwzględnił w kalkulacjach. Kiedy rano stary samochód Michała ruszył spod domu, mgła była tak gęsta, że ledwo widzieli maskę.
Hanna siedziała z przodu, trzymając w ręku starą spinkę, którą Michał odzyskał od jubilera w Rzeszowie – nie zdążył jej sprzedać, a on odkupił ją za resztę gotówki. – Na szczęście – powiedziała, kładąc spinkę na desce rozdzielczej. Michał uścisnął jej dłoń. – Będziemy jej potrzebować.
Ruszyli, nieświadomi pułapki za pierwszym zakrętem. Ale w sercu Michała nie było już strachu. Była tylko czysta, bieszczadzka determinacja. Wiedział, że niezależnie od tego, co się wydarzy, nie jest już sam na tej drodze.
I to było jego największe bogactwo. W połowie drogi, na wąskim odcinku, gdzie las niemal wchodził na asfalt, dwa czarne samochody zablokowały przejazd. To był moment, w którym stary Michał pewnie by się poddał. Ale ten nowy, ten, który rąbał drewno z Wojciechem, tylko mruknął przekleństwo.
– Trzymaj się! – rzucił do Hanny. Zamiast hamować, skręcił gwałtownie w błotnisty nasyp prowadzący do starej drogi zrywkowej. Auto zajęczało, opony zabuksowały, ale napęd na cztery koła, który Michał sam naprawiał dwa dni wcześniej, wgryzł się w ziemię.
Dariusz i jego ekipa, uwięzieni w niskich luksusowych limuzynach, mogli patrzeć tylko, jak terenówka znika w gęstwinie. Ich lśniące auta osiadły na podwoziach po kilku metrach pościgu. Michał widział w lusterku, jak Dariusz ciska telefonem o ziemię. To było pierwsze małe zwycięstwo.
Podróż do Warszawy trwała wieczność. Hanna patrzyła, jak dzikie zielone wzgórza zmieniają się w betonowe przedmieścia. Czuła się obco w starym płaszczu i butach, które tyle przeszły. Michał zatrzymał się przed małym butikiem.
– Nie musisz tego robić – powiedziała. – Nie robię tego dla nich, Hanno. Robię to dla nas. Chcę, żeby zobaczyli, że nie jesteś kimś, kogo można zastraszyć.
Jesteś kobietą, która uratowała mi życie. Kupił jej prosty, ciemny garnitur i eleganckie buty. Kiedy wyszła z przymierzalni, wyglądała jak ktoś, kto nie boi się nikogo. Wejście do siedziby korporacji było jak wkroczenie na pole bitwy.
Ochrona próbowała ich zatrzymać, ale Michał przeszedł przez bramki z taką furią, że nikt nie odważył się położyć na nim ręki. Wjechali na czterdzieste piętro. W sali konferencyjnej Bartłomiej właśnie celebrował przejęcie udziałów – szampany, stosy dokumentów. – Spóźniłeś się na własny pogrzeb, Michał – zakpił.
– I widzę, że przyprowadziłeś swoją wspólniczkę w wyłudzeniu. Policja już czeka w holu. Michał podszedł do stołu, rzucił na niego stary, brudny notes i mały pendrive. – Mylisz się.
Policja rzeczywiście jest, ale nie po nas. Anno, możesz wejść? Drzwi otworzyły się i do sali weszła sekretarka, niosąc teczkę z logo prokuratury. Bartłomiej zbladł.
Okazało się, że Michał, zanim wyjechał w Bieszczady, podejrzewał wspólnika o wyprowadzanie pieniędzy ze spółki. Dni spędzone w lesie i praca fizyczna dały Annie czas na dokończenie zbierania dowodów. Szantaż wobec Hanny był gwoździem do trumny. Każda rozmowa i groźba Dariusza zostały nagrane przez telefon Michała, który „nie działał”, a w rzeczywistości przesyłał dane do chmury.
– Oskarżenie o wyłudzenie? – Michał zaśmiał się w twarz Bartłomiejowi. – Hanna nie dostała ode mnie ani grosza. Spłata jej długu poszła z moich prywatnych środków, które nie mają nic wspólnego z firmą.
Ale twoje próby zastraszenia świadka, fabrykowanie dowodów i kradzież majątku fundacji – za to pójdziesz siedzieć na długo. W sali zapadła cisza. Dwóch mężczyzn w cywilu podeszło do Bartłomieja – to nie była ochrona, to była policja gospodarcza. Wyprowadzali go w kajdankach, gdy krzyczał, że Michał pożałuje, że zostanie z niczym.
– Już zostałem z niczym, Bartek – powiedział cicho. – I to była najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała. Hanna podeszła do niego. Rozejrzała się po luksusowym biurze, po drogich meblach i zimnym szkle.
– Chcę do domu – szepnęła. – Ja też, Hanno. Ja też. Formalności trwały kilka dni.
Michał odzyskał kontrolę nad fundacją, ale ku zaskoczeniu wszystkich nie wrócił na fotel prezesa. Przekazał zarządzanie Annie i Radzie Powierniczej, zostawiając sobie tylko tyle, by móc zainwestować w Bieszczadach. Powrót do domu na skraju lasu był najpiękniejszym momentem w jego życiu. Gdy samochód wjechał na podwórko, Nikodem wybiegł im naprzeciw, krzycząc z radości.
Wojciech stał na ganku, uśmiechając się pod nosem. – No i co, młody? – zagadnął. – Warszawa jeszcze stoi.
– Stoi, panie Wojciechu, ale tutaj powietrze lepsze – odparł Michał, wysiadając z auta. Zmienił garnitur na stare spodnie robocze. Tartak „Nadzieja” ruszył pełną parą miesiąc później. To nie był wielki kombinat.
To było miejsce, gdzie pracowali ludzie z wioski, gdzie drewno pachniało lasem, a nie pieniędzmi. Michał nie był już miliarderem z pierwszych stron gazet. Był sąsiadem, człowiekiem, który potrafił naprawić płot i który co niedzielę jadł obiad u Hanny. Pewnego wieczoru, gdy siedzieli na ganku, patrząc na zachodzące słońce, Hanna oparła głowę na ramieniu Michała.
– Wiesz – zaczęła – tamtej nocy, kiedy zapukałeś do drzwi, myślałam, że to najgorszy dzień w moim życiu. Brak pieniędzy, burza, strach o przyszłość. – A ja myślałem, że to koniec mojej drogi. Okazało się, że musiałem zgubić się w lesie, żeby odnaleźć dom.
Wyciągnął z kieszeni małe pudełeczko. Nie było w nim diamentów. Był prosty srebrny pierścionek z oczkiem z krzemienia pasiastego, polskiego kamienia optymizmu. – Hanno, nie obiecuję ci złotych pałaców.
Obiecuję, że dach nigdy nie będzie przeciekał, a na stole zawsze będzie chleb. Obiecuję, że już nigdy nie będziesz musiała liczyć groszy sama. Wyjdziesz za mnie? Nie odpowiedziała słowami.
Jej uśmiech i łzy, które zalśniły w świetle księżyca, były najlepszą odpowiedzią. Gdzieś w oddali zawył wilk, a potok szumiał swoją odwieczną pieśń. W małym domu na skraju lasu panował spokój, którego nie da się kupić za żadne miliardy świata. Michał Starzecki, człowiek, który miał wszystko i stracił wszystko, by zyskać to, co najważniejsze, w końcu zasnął.
Tym razem nie na twardej sofie, ale we własnym łóżku, obok kobiety, która zobaczyła w nim człowieka, zanim zobaczyła w nim bankruta czy bogacza. Bieszczadzkie błoto dawno obeschło na jego butach, ale ślad, jaki zostawiło w jego duszy, pozostał na zawsze – jako przypomnienie, że prawdziwa siła nie tkwi w portfelu, ale w sercu, które potrafi otworzyć drzwi nieznajomemu w środku burzy.


