W piątek wieczorem wreszcie mieliśmy z Patrykiem zostać sami. Mikołaj pojechał po południu do mojej mamy i miał zostać u niej aż do niedzieli. Dla nas to był luksus. Zamówiliśmy pizzę, otworzyliśmy wino i rozłożyliśmy się na kanapie.

Patryk właśnie szukał serialu, kiedy zadzwonił jego telefon. – Mama – rzucił i odebrał. Głos Ewy brzmiał wyjątkowo pogodnie. – Otwórzcie bramę.
Barbara już skręciła w waszą ulicę. Powinni być za jakieś pięć minut. Patryk znieruchomiał. Ja przestałam żuć.
– Kto? – No Barbara. Daleka rodzina od strony mojego ojca. Jedzie z Tadeuszem i Jakubem.
Są w trasie od rana. Biedni ledwo żyją. – Mamo, ale co oni robią na naszej ulicy? – No jak to co?
Przyjeżdżają do was przenocować. Spojrzeliśmy na siebie. Ona nawet nas nie zapytała. – Mamo, ty nas w ogóle pytałaś?
– zaczął Patryk powoli. – Och, nie przesadzajcie. Macie duży dom. Jedna noc nikomu nie zaszkodzi.
Mówiłam Barbarze, że spokojnie się zmieszczą. Po co mają wydawać pieniądze na hotel? Włączyłam się do rozmowy. – Ewo, my nawet nie wiedzieliśmy, że ktoś ma przyjechać.
– Magda, przecież to rodzina. Nakarmicie ich, pościelicie i rano ruszą. Naprawdę nie róbmy z tego problemu. I rozłączyła się.
W tej samej chwili od strony ulicy dobiegł klakson. Podeszłam do okna. Przed bramą stał duży samochód cały w kurzu. Przy bagażniku kręcił się postawny mężczyzna, kobieta w jasnej kurtce wyciągała torby.
– Są – powiedziałam. Zanim Patryk zdążył cokolwiek zrobić, Barbara już szła w stronę domu z dwiema torbami. – Nareszcie! – zawołała szeroko uśmiechnięta.
– Myśleliśmy, że ten GPS nas wywiezie między działki. Za nią Tadeusz ciągnął dwie duże walizki. Z samochodu wysiadł jeszcze nastoletni Jakub z telefonem przyklejonym do ręki. – Dobry wieczór – powiedział Patryk.
– Tylko wiecie, chyba wyszło jakieś nieporozumienie. Mama nam nic wcześniej nie powiedziała. Barbara zatrzymała się. Uśmiech nadal miała na twarzy, ale od razu zrobił się chłodniejszy.
– Jak to nic nie powiedziała? Przecież Ewa mówiła, że czekacie. Powiedziała: „Jedźcie śmiało do Patryka, miejsca mają od groma”. Tadeusz westchnął ciężko i złapał się za plecy.
– Ja już po tej trasie nie czuję kręgosłupa. Ludzie stali przed domem z walizkami. Patryk wyglądał, jakby najchętniej zapadł się pod ziemię. – Dobrze – powiedziałam w końcu.
– Na jedną noc jakoś się pomieścimy. Barbara odzyskała humor. – Wiedziałam, że się dogadamy. I już w przedpokoju rozejrzała się dookoła.
– A kapcie dla gości macie? Jakub zdjął buty i rzucił je obok szafki. – Jakie jest hasło do WiFi? Tadeusz wnosił kolejne walizki, potem torbę podróżną, plecak i dwie reklamówki z jedzeniem.
Patrzyłam na ten bagaż i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zamierzają się do nas wprowadzić. Barbara tymczasem stała już w kuchni. – Gdzie macie garnki? Tadeusz powinien coś ciepłego zjeść.
Kupiliśmy parówki, to szybko ugotuję. – Możemy wam podgrzać pizzę? – zaproponował Patryk. Barbara skrzywiła się.
– Nie, Tadeusz po pizzy ma zgagę. Otworzyła pierwszą szafkę, potem drugą. Stałam w progu i czułam, jak resztki naszego spokojnego piątku rozpływają się między jej torbami a moimi kuchennymi szufladami. Po jedzeniu przyszła pora na spanie.
Barbara spojrzała w stronę schodów. – Ewa mówiła, że macie pokój dziecka na górze. Jakub tam może spać. – Nie – powiedziałam.
Barbara uniosła brwi. – Dlaczego? Przecież go nie ma. – Nie ma, ale to nadal jego pokój.
Przez chwilę patrzyła na mnie, jakby próbowała ustalić, czy żartuję. – Jakub jest młody, niczego tam nie popsuje. Wtedy odezwał się Patryk. – Magda ma rację.
Jakub może spać na kanapie w salonie. Barbara zacisnęła usta, ale odpuściła. Pół godziny później rozdawaliśmy pościel, ręczniki i poduszki. Tadeusz zajął gabinet, Jakub kanapę, a Barbara krążyła po domu, pytając o dodatkowy koc i czy rano może zrobić kawę.
Kiedy wreszcie zamknęliśmy drzwi sypialni, Patryk usiadł na łóżku. – Rano pojadą. Obiecuję. Kiwnęłam głową.
Chciałam w to uwierzyć. Tylko że wcześniej, przechodząc przez przedpokój, jeszcze raz spojrzałam na walizki, torby i pakunki. Jak na jedną noc mieli podejrzanie dużo bagażu. W sobotę obudził mnie zapach smażonego boczku.
Przez chwilę leżałam z zamkniętymi oczami, próbując zrozumieć, skąd dochodzi. Potem usłyszałam brzęk naczyń. Spojrzałam na zegarek. 8:30.
Dzień, w którym mogłam wreszcie pospać, a na dole ktoś już urządzał sobie kuchnię. Zeszłam w szlafroku. Barbara stała przy kuchence we własnym kolorowym szlafroku. Na patelni skwierczał boczek, na stole leżało pieczywo, wędlina i słoik kawy, którą Patryk dostał od znajomego.
Moja kawa. – Dzień dobry! – zawołała wesoło. – My już działamy.
Nie chcieliśmy was budzić. – Barbara, następnym razem po prostu zapytaj, zanim zaczniesz wyciągać rzeczy z lodówki. Odwróciła się powoli. – O co?
– O jedzenie. Naprawdę wyglądała, jakby nie rozumiała. – Magda, no przecież jesteśmy rodziną. – Wiem, ale to nadal nasze rzeczy.
Barbara prychnęła. – Ewa mówiła, że u was lodówka zawsze pełna. „Nie martwcie się, u nich zawsze coś jest”. Oczywiście.
Ewa znowu mówiła. Ewa obiecywała, Ewa rozdawała. Tyle że wszystko cudze. Chwilę później do kuchni wszedł Patryk.
Zobaczył stół i od razu spojrzał na mnie. Nie musiałam nic mówić. Wiedział. Potem zjawił się Tadeusz.
– Ale pachnie. No Barbaro, ty to wiesz, jak człowieka postawić na nogi. Jakub przyszedł ostatni, usiadł z telefonem i nawet nie podniósł głowy. Przez kilka minut wszyscy jedli w ciszy.
Potem Tadeusz odsunął talerz. – To my dzisiaj zrobimy sobie Wrocław. Najpierw rynek, potem Ostrów Tumski. Barbara chce jeszcze nad Odrą.
– Jasne – powiedział Patryk. – A wieczorem wrócimy – dodał Tadeusz. – Tylko dobrze by było, żebyście dali nam zapasowy klucz, żebyśmy wam nie dzwonili, jak wrócimy później. Filiżanka zatrzymała mi się w połowie drogi do ust.
– Wrócicie? Barbara spojrzała na mnie. – No tak, dzisiaj wieczorem. – Myślałam, że dzisiaj jedziecie dalej.
Barbara parsknęła śmiechem. – Dzisiaj? No gdzie? Patryk przestał jeść.
– Mamo mówiła, że nocujecie jedną noc. – Ewa tak wam powiedziała? – Barbara spojrzała na Tadeusza, potem znowu na nas. – A wam co powiedziała?
Wzruszyłam ramionami. – Też tak. Jedną noc. Barbara spojrzała na mnie z wyraźnym zaskoczeniem.
– No to chyba coś się pozmieniało, bo Ewa powiedziała nam, że możemy zostać do poniedziałku. Trzy noce. Mówiła, żebyśmy w ogóle nie rezerwowali apartamentu. „Po co wyrzucać pieniądze, skoro rodzina ma taki dom?
”
W kuchni zrobiło się naprawdę cicho. Nawet Jakub oderwał wzrok od telefonu. Patryk patrzył na Barbarę z otwartymi ustami. W jednej chwili wszystko stało się jasne.
Ewa chciała zabłysnąć. Pokazać rodzinie, jak świetnie urządził się jej syn, jaki ma duży dom, jaką cudowną synową, jak u nich zawsze stół pełny. Tylko że za całe to przedstawienie mieliśmy zapłacić my. Naszym spokojem, jedzeniem, czasem i domem.
Ale zamiast wybuchnąć, zrobiłam coś, czego Patryk się chyba nie spodziewał. Uspokoiłam się. – Czyli do poniedziałku? Barbara rozpromieniła się.
– Tak. I dzisiaj wieczorem normalnie wracamy tutaj. Patryk spojrzał na mnie uważnie. Zbyt dobrze znał ten ton.
– Dobrze – powiedziałam z uśmiechem. – Skoro trzy dni, to jakoś damy radę. Po śniadaniu Barbara zaczęła się szykować do wyjścia. Krążyła między kuchnią a przedpokojem, szukając szalika i okularów.
Tadeusz sprawdzał pogodę, Jakub stał przy drzwiach w kurtce, gotowy uciec od dorosłych rozmów jak najdalej. Wtedy powiedziałam, jakby chodziło o coś zupełnie nieważnego. – Tylko muszę was uprzedzić. Dzisiaj zaczynamy remont.
Barbara nawet się nie odwróciła. – Dobrze. Minęły może trzy sekundy. Znieruchomiała.
– Jaki remont? Patryk spojrzał na mnie. Ja na niego. I wtedy przypomniał sobie naszą rozmowę sprzed tygodni.
Od dawna mieliśmy problem z instalacją przy łazience na dole. Nic dramatycznego, ale hydraulik dwa razy mówił, że lepiej wymienić połączenie wcześniej niż później. Ciągle to odkładaliśmy. Ale poprzedniego wieczoru, kiedy goście wreszcie poszli spać, napisałam do hydraulika polecanego przez sąsiada.
Akurat miał wolne okienko. Czasami życie samo podsuwa człowiekowi rozwiązania. – Ten przy łazience – odpowiedział Patryk, zanim zdążyłam cokolwiek dodać. – Z rurami.
Spojrzałam na niego z uznaniem. Załapał. – Jakimi rurami? – Barbara zmarszczyła czoło.
– Instalacja jest stara w jednym miejscu. Trzeba wymienić kawałek, otworzyć fragment ściany. – Ale dzisiaj? W sobotę?
– Fachowcy też pracują w soboty. Patryk ruszył w stronę schowka i po chwili wrócił z rolką folii ochronnej. Grał świetnie. – Trzeba będzie przykryć szafkę w korytarzu – powiedział całkiem poważnie.
– I wynieść rzeczy spod umywalki. Barbara patrzyła na nas, ale jeszcze się nie martwiła. – No dobrze, remont jak remont. I tak cały dzień będziemy w mieście.
– Tylko woda będzie okresowo zakręcona – dodałam. – Na dole na pewno. Możliwe, że na jakiś czas w całym domu. Tadeusz podniósł głowę.
– To jak z łazienką? – Zależy, co znajdą. Przez kilka godzin prysznic raczej odpada. – Kilka godzin?
– powtórzyła Barbara. – Może dłużej. Będzie trochę hałasu. – Jakiego hałasu?
– No będą kuć. Ścianę. Tylko kawałek. Tadeusz westchnął.
– Pył będzie? – Pewnie trochę tak. Jakub, który do tej pory całkiem ignorował rozmowę, nagle uniósł głowę. – A internet będzie?
– Może być różnie. Router stoi niedaleko tej ściany. Jak będą potrzebować dostępu do gniazdek, trzeba go będzie odłączyć. – Na ile?
Patryk zastanowił się teatralnie. – Godzinę, dwie, może pół dnia. Jakub patrzył na niego tak, jakby właśnie usłyszał, że odcinamy dom od prądu na miesiąc. Barbara powoli zdjęła apaszkę, którą dopiero co założyła.
– Magdo, nie można było tego zrobić w przyszłym tygodniu? – Można było. – No to może przełóżcie. – Na fachowca teraz czeka się tygodniami.
Jak już znalazł termin, szkoda odwoływać. Tadeusz usiadł. – A ile taki remont potrwa? Udawałam, że się zastanawiam.
– Jak dobrze pójdzie? Jakieś trzy dni. Zapadła cisza. Dokładnie trzy dni.
Tyle samo, ile oni mieli u nas zostać. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek przy furtce. Patryk wyjrzał przez okno. – Są.
Przed domem stał biały bus. Po chwili wszedł hydraulik z torbą narzędziową, a za nim drugi mężczyzna z wiertarką. – To gdzie mamy ten problem? – zapytał.
– Tutaj – odpowiedziałam z uśmiechem i wskazałam łazienkę. Minutę później rozległ się pierwszy dźwięk wiertarki. Jakub skrzywił się i zasłonił uszy. Barbara stała w przedpokoju i wyglądała już znacznie mniej entuzjastycznie.
– Ale oczywiście możecie zostać – powiedziałam bardzo uprzejmie. – Nie ma żadnego problemu. Tylko warunki będą trochę remontowe. Po pierwszych dziesięciu minutach Barbara przestała traktować to jak drobną niedogodność.
Hydraulik zakręcił wodę. Jego pomocnik wyniósł z łazienki szafkę, w korytarzu pojawiły się kartony i wiadra. Jakub siedział na kanapie i jęczał, bo internet znowu nie działał. – Mówiłem, że router trzeba odłączyć.
– Ale na jak długo? – Nie wiem. Tadeusz stanął w drzwiach łazienki. – A prysznic?
– Na razie nie – odpowiedział hydraulik. Tadeusz spojrzał na Barbarę. Barbara na mnie. – Magdo, ale przecież oni nie będą tak cały dzień?
– Możliwe, że będą. – A jutro? – Zobaczymy, co wyjdzie po rozebraniu. Wiertarka zawyła, aż Barbara drgnęła.
– Boże, ale hałas. – Remont – powiedziałam spokojnie. Przez pół godziny próbowali udawać, że nic się nie stało. Tadeusz chodził od okna do okna.
Jakub próbował złapać internet w telefonie. Barbara kilka razy zaglądała do łazienki, jakby liczyła na cud. W końcu podeszła do mnie w kuchni. – Magdo, a może jednak dałoby się to przełożyć na poniedziałek?
– Teraz już za późno. Przyjechali, rozłożyli sprzęt. – Ale chociaż niech dzisiaj zrobią mniej. Przerwę.
Jakby na zamówienie z łazienki rozległ się huk. Barbara zamknęła oczy. Patryk odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech. – Fachowcy są rozliczani za robotę.
Im szybciej skończą, tym lepiej. Barbara już nic nie odpowiedziała. Pięć minut później siedziała z telefonem przy stole. – Dobra, zobaczę jakieś apartamenty.
Tadeusz natychmiast się przysunął. – Tylko nie w centrum, tam nas obedrą ze skóry. Przewijali oferty. – Trzysta osiemdziesiąt za noc.
Za pokój. – Ile? – Tadeusz aż gwizdnął. – Tutaj trzysta trzydzieści.
Ale daleko. – Po co nam taki? – Czterysta dwadzieścia. Odpada.
Jakub podniósł wzrok. – A hotel? – Hotel wyjdzie jeszcze drożej. Tadeusz zaczął liczyć w pamięci.
– Jak zostaniemy dwie noce, to siedemset, osiemset złotych. Do tego parking, jedzenie. – No właśnie – zirytowała się Barbara. – A trzy noce to prawie tysiąc albo więcej.
Spojrzała na mnie, jakbym to ja ustalała ceny noclegów we Wrocławiu. – Dlatego przecież jechaliśmy do rodziny. Nie odpowiedziałam. Patryk odstawił kubek.
– Przecież możecie pojechać do mamy. Barbara uniosła głowę. – Do Ewy? – No tak.
Ona jest w domu. Tadeusz ożywił się. – Przecież ona mieszka we Wrocławiu. Barbara popatrzyła na męża, potem na Patryka i twarz jej się rozjaśniła.
– No przecież. Wybrała numer. Ewa odebrała po kilku sygnałach. – Halo, Ewa, słuchaj, mamy mały problem – zaczęła Barbara i opowiedziała o remoncie, o wodzie, kurzu i wierceniu.
– Właściwie nie da się normalnie funkcjonować. Po drugiej stronie zapadła cisza. – No rzeczywiście niedobrze – powiedziała Ewa ostrożnie. – To przyjedziemy do ciebie.
Tym razem cisza była dużo dłuższa. – Do mnie? – No tak. Na dwie noce.
– Baśka, ale ja mam małe mieszkanie. – No przecież nie takie małe. Dwa pokoje nam wystarczą. – Ale ja się nie przygotowałam.
– My też nie przygotowaliśmy się na remont. Patryk spuścił głowę. Widziałam, że walczy ze śmiechem. Ewa mówiła coraz szybciej.
– Nie mam świeżej pościeli. – To się zmieni. – Lodówka prawie pusta. – Kupimy coś po drodze.
– Kanapa jest niewygodna. Tadeusz nachylił się do telefonu. – Ja mogę spać na kanapie, byle była łazienka. Ewa umilkła.
Barbara westchnęła. – Ewo, przecież sama mówiłaś, że rodzinie trzeba pomagać. To zdanie zawisło w powietrzu jak idealnie wymierzona odpowiedź. Patryk już nie wytrzymał.
– Mamo, przecież to ty ich zaprosiłaś. – Ja ich zaprosiłam do was. – Właśnie. Mamo, u nas jest remont.
U ciebie? – zapytał spokojnie Patryk. W tle usłyszeliśmy Barbarę. – Ewo, masz może większy garnek?
Ewa milczała. I właśnie wtedy przypomniała sobie te same słowa, którymi dzień wcześniej zamykała nam usta. – Bardzo śmieszne – powiedziała w końcu. – Ja się nie śmieję – odparł Patryk.
Ja śmiałam się tylko bezgłośnie. Pół godziny później przedpokój znowu wyglądał jak przechowalnia bagażu. Tyle że tym razem cały ten dobytek nie miał zostać u nas. Jechał do Ewy.
Kiedy samochód Barbary zniknął za rogiem, staliśmy z Patrykiem przy furtce w ciszy. Z domu dobiegało stukanie narzędzi. Patryk pierwszy się odezwał. – Oni naprawdę pojechali do mamy.
– Wygląda na to, że tak. Spojrzeliśmy na siebie i nagle oboje zaczęliśmy się śmiać. Nie głośno i nie złośliwie. Bardziej z ulgi.
Jeszcze rano byliśmy pewni, że cały weekend będziemy omijać cudze walizki i pilnować lodówki. A teraz w przedpokoju zostały tylko nasze buty i nasza cisza. No prawie cisza. Wiertarka zawyła tak, że aż szyba lekko zadrżała.
– Romantyczny weekend, uratowany – pokiwał głową Patryk. – Zdecydowanie. Wino, pizza i młot udarowy. Hydraulik wyszedł z łazienki.
– Panie Patryku, będzie trochę więcej roboty, niż myśleliśmy. To połączenie rzeczywiście było już kiepskie. Spojrzałam na męża. – Czyli jednak dobrze, że zaczęliśmy.
– Bardzo dobrze – odpowiedział i uśmiechnął się pod nosem. I właśnie w tym momencie zrozumiałam najlepszą rzecz w całej tej historii. Remont nie był żadnym przedstawieniem. Naprawdę trzeba go było zrobić.
Jeszcze dzień wcześniej pewnie znowu powiedzielibyśmy sobie „za tydzień”. A tak, dzięki Barbarze, Tadeuszowi i całej tej rodzinnej inwazji, nagle znaleźliśmy motywację. Około dwóch godzin później zadzwonił telefon Patryka. Spojrzał na ekran.
– Mama. Odebrał. Głos Ewy był znacznie mniej pewny siebie niż dzień wcześniej. – Patryk, słuchaj.
Ten remont naprawdę jest taki poważny? Patryk spojrzał w stronę łazienki, gdzie właśnie rozlegało się kolejne wiercenie. – Dość poważny. A dlaczego pytasz?
– No bo tutaj jest trochę ciasno. – Przecież wiedziałaś, że masz dwa pokoje. – Wiedziałam, ale nie sądziłam, że oni mają tyle rzeczy. – Czyli walizki dotarły – rzucił Patryk.
– Barbara rozłożyła wszystko w salonie. Tadeusz mówi, że potrzebuje dodatkowej poduszki, bo inaczej boli go kark. Jakub od pół godziny pyta o hasło do internetu. A Barbara właśnie pyta, co będzie na obiad.
Patryk zamknął oczy. – Mamo, to przecież rodzina. – Wiem, że rodzina – syknęła Ewa. – Ale ja nie mam ugotowane dla tylu osób.
W tle znów usłyszeliśmy Barbarę. Ewa westchnęła. – A może jutro, jak trochę ogarniecie, wrócą do was na ostatnią noc? – Nie – odpowiedział Patryk stanowczo.
– Mamo, u nas dalej będzie remont. – Ale przecież mają gdzie spać. – U ciebie też mają. Potem głos Barbary dobiegł znowu.
– Ewo, a gdzie trzymasz ręczniki? Patryk spojrzał na mnie. Ja miałam już łzy w oczach ze śmiechu. – Muszę kończyć – powiedziała Ewa.
– Jasne. Miłego weekendu. Rozłączył się. Przez chwilę staliśmy w kuchni bez słowa.
– Miłego weekendu – powtórzyłam. Wieczorem Ewa zadzwoniła jeszcze raz. Tym razem nie prosiła o nic. Tylko poinformowała, że Barbara zrobiła kolację z tego, co znalazła, że Tadeusz zajął najlepszy fotel, bo podobno tylko w nim nie boli go kręgosłup, a Jakub zużył prawie cały internet w jej telefonie, bo WiFi w sypialni było za słabe.
Słuchałam i miałam przed oczami naszą kuchnię poprzedniego ranka. Otwarty słoik kawy. Wyjęte jedzenie. Barbarę mówiącą: „Przecież jesteśmy rodziną”.
Nie czułam satysfakcji dlatego, że Ewa miała ciężki weekend. Bardziej dlatego, że po raz pierwszy sama zobaczyła, jak łatwo rozdaje się cudzy czas, cudzą przestrzeń i cudzy spokój. Barbara z rodziną została u niej do poniedziałku. My przez ten czas skończyliśmy najgorszą część remontu.
Kilka dni później Ewa zadzwoniła, żeby zapytać, czy może wpaść po południu. I wtedy zauważyłam coś nowego. Nie oznajmiła, że przyjedzie. Zapytała.
– Magdo, będziecie w domu? Mogę przyjechać na kawę? Uśmiechnęłam się. – Jasne, przyjedź.
Od tamtej pory już nigdy nie usłyszeliśmy, że ktoś właśnie skręca w naszą ulicę. Ewa najpierw dzwoniła, potem pytała, a dopiero później cokolwiek ustalała. I chyba wtedy zrozumiałam coś ważnego. Granic nie zawsze trzeba stawiać krzykiem.
Czasem wystarczy pozwolić komuś przez chwilę ponieść konsekwencje własnej hojności. Zwłaszcza jeśli ta hojność wcześniej była rozdawana za cudzy rachunek. A nasz remont naprawdę się przydał. Po trzech dniach mieliśmy nowe rury, spokojny dom i jedną zupełnie nową rodzinną zasadę.
Bez zaproszenia nikt już do nas nie przyjeżdżał.


