“Wszystkie trzy kable są ze sobą skręcone i obnażone do zera. Ktoś to zrobił celowo, a potem udawał, że naprawił silnik za piętnaście tysięcy złotych.” Mercedes trafił do mojego warsztatu z…

"Wszystkie trzy kable są ze sobą skręcone i obnażone do zera. Ktoś to zrobił celowo, a potem udawał, że naprawił silnik za piętnaście tysięcy złotych." Mercedes trafił do mojego warsztatu z...

Mercedes wjechał na podnośnik z pozornie błahym problemem. Check engine, tryb awaryjny, błędy związane z DPF-em. Klient mówił, że coś się dzieje z filtrem cząstek stałych. Nic wielkiego, zwykła diagnostyka.

Thumbnail

Ale im dłużej w to grzebaliśmy, tym bardziej robiło się dziwnie. Auto zostało kupione cztery miesiące temu. Poprzedni właściciel zrobił przy silniku prawie full remont. Silnik był rozebrany na czynniki pierwsze, bo cały czas był problem z dopalaniem DPF-u.

Wymienione były podobno wszystkie podzespoły, poza szlifem wału i wymianą cylindrów. Dostałem nawet listę wykonanych prac, rozpisana długopisem, bez żadnej pieczątki. Całość opiewała na jakieś piętnaście tysięcy złotych. Turbina po regeneracji, widać było, że była piaskowana.

Wtryski ktoś też ruszał. Widać było, że poprzedni mechanik bardzo się starał. Ale mimo to auto dalej wchodziło w tryb awaryjny. Podłączyłem komputer.

Błędy dotyczyły czujnika różnicy ciśnień filtra cząstek stałych. Podejrzenie padło na zatkane wężyki, uszkodzony czujnik albo zapchany DPF. Ale była jedna rzecz, która nie dawała mi spokoju. Próbowałem skasować błędy.

Nie kasowały się. Za każdym razem wracały. Dopiero po odpięciu wtyczki czujnika coś drgnęło. Kiedy ją otworzyłem, zobaczyłem, że wszystkie trzy przewody są ze sobą skręcone.

Ktoś wcześniej obnażył je do zera, skręcił ze sobą i zamiast zaizolować, zostawił tak, jak były. Przez to cały czas robiły zwarcie. Po rozłączeniu tej wtyczki błąd w końcu dało się skasować. Ale nie byłem pewien, czy to koniec problemów.

Wszystkie parametry, które odczytałem, były idealne. Zawartość sadzy w normie, popiołu też, różnica ciśnień prawidłowa. DPF był sprawny, instalacja sprawna. Tylko ten czujnik wciąż budził moje wątpliwości.

Była jeszcze jedna ewentualność. Ktoś mógł podmienić czujnik na wersję z innym numerem końcówki. Oryginalny miał numer kończący się na 279, a według VIN-u powinien być ten z końcówką 278. Możliwe, że to właśnie on siał zamieszanie.

Zaryzykowaliśmy. Wymieniliśmy czujnik na nowy. Kosztował osiemdziesiąt złotych, więc nie była to wielka strata, nawet gdybyśmy się mylili. Klient mógłby się rzucać, że wymieniamy całe auto, ale to była jedyna logiczna opcja.

Udało się. Po wymianie czujnika Marcin przejechał się autem. Powiedział, że przy trzech i pół tysiąca obrotów auto rwie do przodu jak szalone. Kultura pracy silnika wróciła do normy.

Już nie wchodzi w tryb awaryjny, nie dławi się, nie traci mocy. Cały problem, przez który auto jechało do trzech tysięcy obrotów, traciło moc i wymagało gaszenia i ponownego odpalania, rozwiązał jeden mały czujnik. A może raczej ktoś, kto wcześniej przy nim majstrował i zostawił to w stanie, który powodował ciągłe zwarcia. Klient prosił jeszcze o wymianę oleju i filtra, więc to też zrobiliśmy, zanim Mieczysław wrócił do swojego właściciela.

Cieszyłem się, że udało nam się trafić od razu. Chociaż, gdybym miał być szczery, ta historia mogła się skończyć znacznie gorzej. Gdybyśmy nie znaleźli tego zwarcia, rozkładalibyśmy teraz pół auta.