„Na nowy rok podarujemy mamie twoje mieszkanie” – powiedział mój mąż przy wigilijnym stole, a jego matka już uśmiechała się jak sędzia, który wygrał sprawę. Nie zapytał mnie. Nie zapytał, czy się…

„Na nowy rok podarujemy mamie twoje mieszkanie” – powiedział mój mąż przy wigilijnym stole, a jego matka już uśmiechała się jak sędzia, który wygrał sprawę. Nie zapytał mnie. Nie zapytał, czy się...

Poranek 31 grudnia był mokry i szary. Alicja stała w kuchni w starym szlafroku i patrzyła z dziewiątego piętra na bloki. Wczorajsza kłótnia nie skończyła się. Ona tylko przenocowała razem z nimi.

Thumbnail

Sięgnęła do górnej szuflady po zeszyt z przepisami. Palce przesunęły się po starych rachunkach i natrafiły na coś twardego. Wyjęła dwa mosiężne klucze, pociemniałe, na zwykłym metalowym kółku. To były klucze do kawalerki po babci Klarze.

Babcia zawsze powtarzała: „Alu, kobieta powinna mieć swój kąt. Nie po to, żeby się wywyższać, tylko żeby mieć gdzie odetchnąć, kiedy świat zacznie za głośno mówić. ” Alicja kiedyś się z tego śmiała. Teraz trzymała klucze i nie było jej do śmiechu.

– Co tam masz? – głos Romana padł z progu. – Nic. Szukałam przepisu.

– Schowała klucze z powrotem i przykryła je papierami. Ale Roman zdążył zobaczyć. Wiedziała, za co się złości. Wczoraj odmówiła mu 15 000 zł z oszczędności po sprzedaży babcinego garażu.

On chciał kupić komputer do streamów. „To nie jest zabawa. Ludzie na tym zarabiają” – mówił. Alicja odpowiedziała, że to dziecinne, i od razu tego pożałowała.

Roman nie krzyknął. Po prostu zamilkł na cały wieczór. Teraz zadzwonił telefon. Twarz Romana złagodniała od razu.

– Mamo, tak, mamusiu. Szczęśliwego nowego roku. Jak się czujesz? Znowu nogi?

No widzisz, piąte piętro. Nie, nie śpimy. Ala już od rana w kuchni wszystko szykuje. Alicja znała te rozmowy.

Pani Ludwika dzwoniła rano i wieczorem. Miała chore nogi, ale jej najgorsze dni zawsze wypadały wtedy, kiedy Roman potrzebował argumentu. Po rozmowie odwrócił się do żony. – Słyszałaś?

Możemy jej zamówić zakupy do domu – zaproponowała Alicja. – Albo zapłacić sąsiadce, żeby pomagała. Roman skrzywił się. – Jej nie chodzi o torbę ziemniaków, tylko o to, że jest sama.

Gdybyś wiedziała, nie myślałabyś ciągle tylko o swoim. Spojrzał na szufladę. Alicja to zauważyła. Zrozumiała, że rozmowa o komputerze nie zniknęła.

Ona tylko zmieniła ubranie. – Porozmawiajmy konkretnie. Jeśli twojej mamie trudno chodzić, możemy pomyśleć o zamianie jej mieszkania na coś niżej. Możemy dopłacić z moich oszczędności.

To są rozwiązania. – Jest prostszy sposób – powiedział cicho. Alicja przez moment nic nie odpowiedziała. W garnku bulgotały ziemniaki.

– Jaki sposób? – zapytała, chociaż wiedziała, że nie chce znać odpowiedzi. Spróbowała zmienić temat. Zaproponowała ubranie choinki, jak co roku.

Roman spojrzał na nią długo. – Nie mam nastroju. Wyszedł. Po chwili z pokoju dobiegł szum komputera.

Alicja została sama. Poszła do salonu, gdzie stała goła choinka. Otworzyła pudło z ozdobami. Wzięła do ręki szklany muchomor, jej ulubiony od dzieciństwa.

Babcia zawsze poprawiała lampki tak, żeby muchomor świecił najbardziej. Alicja siedziała na podłodze i słuchała, jak za ścianą Roman klika myszką, jakby strzelał do niej po kawałku. Później wrócił do kuchni, już spokojny, nawet smutny. – Przesadziłem rano.

Przepraszam. – Skinęła głową. – Siedziałem i myślałem o mamie. To nie chodzi tylko o schody.

To jest samotność. Ala, ona całe życie poświęciła mnie. Mówił ładnie, za ładnie, jak ktoś, kto ułożył sobie zdania wcześniej. – Twoje mieszkanie po babci.

Przecież ono stoi puste. Alicja poczuła, jak klucze w kieszeni przesuwają się pod palcami. – Mama tam tylko zamieszka. Tymczasowo.

Rok, dwa, ile będzie trzeba. To rodzina, Ala, najbliższa rodzina. – Romku, to moja jedyna własność. Pamiątka po babci.

Miejsce, do którego ja…

– No właśnie. Znowu twoje. – Jego głos stwardniał. – Moje mieszkanie, moja pamiątka.

A moja matka to co? Ona żyje, Alicja. Ona cierpi. I ty naprawdę chcesz mi teraz mówić o sentymentach?

– To moje mieszkanie i nie chcę go oddawać w cudze ręce. – W cudze? Moja matka to dla ciebie cudze ręce? Alicja próbowała tłumaczyć.

Proponowała sprzedaż mieszkania Ludwiki, dopłatę różnicy, pośrednika, uczciwe rozwiązanie. Roman oparł się o blat. – Skomplikowane – powiedział jednym słowem. – Po co mamy płacić bankowi odsetki, skoro mamy gotowe mieszkanie?

Puste, blisko, twoje. Przecież to się samo prosi. – Nie jest puste. – Jak to nie jest?

Przecież nikt tam nie mieszka. Alicja chciała powiedzieć, że mieszka tam jej babcia w zapachu starej szafy, jej dzieciństwo, jej spokój na czarną godzinę. Ale wiedziała, że Roman przewróciłby oczami. Roman zmienił ton na miękki.

– Alu, posłuchaj mnie. Ja nie chcę się z tobą kłócić. To jest sylwester. Człowiek powinien zaczynać rok od dobrych rzeczy, nie od liczenia, co czyje.

– Dobrych rzeczy nie robi się cudzym kosztem. – Przecież nie proszę cię, żebyś je sprzedała. Nie proszę, żebyś przepisała. Na razie tylko, żeby mama tam zamieszkała.

– To „na razie” spadło między nich. Alicja uniosła oczy. Roman zawahał się. – Nie łap mnie za słówka.

Najpierw niech tam odpocznie, potem się zobaczy. – Właśnie tego się boję. Tego „potem się zobaczy”. Roman położył jej dłonie na ramionach.

– Jesteś dobra, Alu. Ja to wiem. Ty się po prostu przestraszyłaś. Nie objął jej.

Unieruchomił. Alicja zrobiła pół kroku do tyłu. I wtedy coś w niej opadło. Ten dawny odruch tłumaczenia się jak fartuch zdjęty po całym dniu pracy.

On nie szukał rozwiązania, tylko zgody na swój plan. – Muszę pomyśleć – powiedziała. – Nad czym? Nad wszystkim.

To zbyt poważna decyzja, żeby rzucać słowa przy krojeniu sałatki. Daj mi pół godziny. Roman nie był na to przygotowany. – Pół godziny?

I co ci to da? – Mnie dużo. Proszę, zostaw mnie samą. Wyszedł z kuchni.

Alicja przeszła do sypialni i zamknęła drzwi. Wzięła telefon. Zadzwoniła do brata. – Kamil, słuchaj mnie uważnie.

– Brat ucichł od razu. – Plan aktualny. Ten plan nie wziął się znikąd. Kamil prosił ją już jesienią, po awanturze, kiedy Ludwika powiedziała przy stole, że szkoda, żeby takie mieszkanie stało puste.

Roman wtedy nie zaprzeczył. „Jak zaczną naciskać, dzwoń. Nie tłumacz się, dzwoń” – mówił Kamil. Alicja machnęła ręką.

Nie przesadzał. – Co się stało? – zapytał teraz cicho. – Potem ci powiem.

Przyjedź dziś sam, bez Ewy, bez dzieci. I proszę cię, nie dzwoń do Romana. – Ala, jesteś bezpieczna? To pytanie uderzyło ją mocniej niż wszystkie oskarżenia.

Chciała powiedzieć: „Przecież on mnie nie bije. Tylko mówi. ” Ale nagle zrozumiała, że człowiek może siedzieć przy własnym stole i też nie być bezpieczny. – Na razie tak.

Ale muszę to dobrze rozegrać. Ona ma przyjść o dziewiątej. – Dobrze, przyjadę sam. Będę czekał na wiadomość.

Nie mów Ewie szczegółów. – Kamil, jestem. Nie pozwól mi się wycofać. – Decyzję podejmujesz ty, ja tylko będę obok.

Otworzyła dolną szufladę komody. Pod rajstopami trzymała dokumenty mieszkania. Schowała je na dno dużej torby materiałowej. Kiedy wróciła do kuchni, wszystko było takie samo, a jednak inne.

Założyła fartuch i zaczęła kroić warzywa. Myślała o rzeczach prostych. Klucze, dokumenty, Kamil, godzina dziesiąta. Ludwika o dziewiątej.

Roman, który musi uwierzyć, że wygrał. Po chwili usłyszała jego kroki. Stanął za nią tak blisko, że poczuła jego oddech przy włosach. – No i co?

Przemyślałaś? – Romku, proszę, nie stój tak za mną. – Ja też myślałem – powiedział nagle tonem człowieka, który przynosi dobrą wiadomość. – I chyba znalazłem najlepsze rozwiązanie.

Nie będziemy tego robić byle jak. Masz rację, to jest ważna sprawa. To nie może wyglądać, jakby mama się gdzieś wpraszała. Trzeba to zrobić pięknie, z godnością.

– Co masz na myśli? – Podarujemy jej to mieszkanie. Słowa zawisły nad miską z sałatką. Alicja słyszała tylko zegar.

– Podarujemy. – No tak. Nie jakieś tam „pomieszkasz sobie, zobaczymy”. To jest niejasne, upokarzające.

Mama zasługuje na coś pewnego. Na swój kąt. Alicja prawie parsknęła śmiechem. Swój kąt.

To samo zdanie, za które przed chwilą ją wyśmiał, teraz wracało, bo dotyczyło Ludwiki. – To moje mieszkanie. – Nasze, Alu, w sensie rodzinnym. Podarujemy jej klucze symbolicznie, a potem załatwimy formalności.

Alicja opuściła wzrok na miskę. Roman właśnie powiedział głośno to, co wcześniej ukrywał między zdaniami. Chciał oddać mieszkanie Ludwice na stałe. – A jeśli ja nie chcę?

– zapytała jeszcze. – To znaczy, że ważniejsze jest dla ciebie mieszkanie niż spokój mojej matki. Alicja skinęła głową. Musiała zagrać.

Nie dla zemsty, żeby dotrwać do wieczora, żeby Kamil zdążył przyjechać. – Masz rację – powiedziała cicho. – Skoro to ma być dla twojej mamy takie ważne, zróbmy to. Roman znieruchomiał.

– Naprawdę? W jego oczach pojawiła się radość, czysta, prawie dziecięca. Chwycił ją w ramiona. – Wiedziałem, że zrozumiesz.

Jesteś dobra, Alu. Mama zawsze mówiła, że masz trudny charakter, ale ja wiedziałem, że pod tym wszystkim masz serce. Alicja zapamiętała to zdanie. Tak właśnie Roman ją kochał.

Przez zdania matki, przez jej pozwolenie. Była dobra wtedy, kiedy Ludwika mogła coś od niej dostać. – Postaw mnie! – powiedziała.

Roman od razu sięgnął po telefon. – Muszę jej powiedzieć. Nie wytrzymam. – Może poczekaj do wieczora?

Nie posłuchał. Wybrał numer. – Mamusiu, mamy z Alą niespodziankę. Porozmawialiśmy i postanowiliśmy podarować ci mieszkanie.

Tak, mieszkanie Alicji po babci. Na nowy rok od nas. W słuchawce rozległ się wysoki, urywany głos Ludwiki. Najpierw niedowierzanie, potem jęk, potem płacz, w którym było więcej triumfu niż wzruszenia.

Roman rozpromienił się. – Mówiłem ci, że jakoś to załatwię. Nie, sama zrozumiała. Naprawdę sama powiedziała, że tak będzie najlepiej.

Zabolało. Nie dlatego, że było kłamstwem. Zabolało, bo Roman nawet jej opór wziął i przerobił na swoją opowieść. Rozłączył się i uśmiechnął.

– Płakała. Powiedziała, że całe życie będzie ci wdzięczna. – Mnie? – Alicja nie zdołała powstrzymać pytania.

– No oczywiście, że tobie. Przecież to twoje mieszkanie. Przez moment prawda stała między nimi naga. Wszyscy wiedzieli.

Tylko kiedy Alicja mówiła „moje”, było to samolubne. Kiedy oni mówili „twoje”, znaczyło „możesz oddać”. – I jeszcze jedno. Daj mi klucze.

Alicja znieruchomiała. – Po co? – Jak to po co? Żeby je przygotować.

Ładnie zapakować. Kupię pudełeczko. Przewiążemy czerwoną wstążką. Mama otworzy, zobaczy klucze.

Alu, to będzie piękne. Alicja poczuła zimno. Jeśli odda mu klucze teraz, wszystko się skończy. Musiała zatrzymać klucze i to tak, żeby Roman nie poczuł alarmu.

– Romku, no co ty, jak dziecko? Pudełeczko, kokardka. To nie pierścionek ani zegarek. To mieszkanie.

– Zobaczyła, że trafiła w jego próżność. – Taki prezent trzeba wręczyć z rąk do rąk, bez pudełek. Ty powiesz kilka słów, bo to twoja mama, a potem ja dam jej klucze osobiście. – Ty?

– Tak. Bo jeśli to ma być naprawdę od serca, to nie może wyglądać, jakbyś ty zabrał moje klucze i jej je wręczył. Roman zamyślił się. Alicja widziała, jak układa sobie scenę od nowa.

On mówi przemowę, matka ociera oczy, Alicja wręcza klucze. To było nawet lepsze. Bardziej uroczyste. Trudniej potem komukolwiek powiedzieć, że Alicja nie chciała.

– To ma sens – mruknął. – Ale klucze mogę przynajmniej zobaczyć, sprawdzić, które są które. – Romku, jeśli mam to zrobić, pozwól mi zrobić to po swojemu. Była w tym zdaniu cienka nić groźby.

Roman ją wyczuł. Przez chwilę ważył. Mógł zażądać mocniej i zaryzykować, że świeża zgoda pęknie. Albo mógł ustąpić w drobiazgu, by wieczorem dostać wszystko.

Wybrał drugie. – Dobrze. Skoro tak to czujesz. Alicja wróciła do miski.

Dopiero wtedy zorientowała się, że wstrzymywała oddech. – Alu? A nie rozmyślisz się? – Czy ja wyglądam na kogoś, kto cofa dane słowo?

– zapytała cicho. Roman zmrużył oczy. – No nie wiem. Rano byłaś jakaś taka…

– Wszystko już postanowiłam.

Twoja niespodzianka dla mamy się uda. To słowo wyraźnie mu się spodobało. Od razu wyprostował plecy. – Właściwie masz rację.

Co za różnica, kto przekaże klucze? Liczy się gest. Wieczorem wszystko było gotowe. Roman wyjął najlepsze kieliszki, postawił świece, rozwiesił girlandę.

Alicja ubrała prostą granatową sukienkę. Miała kieszenie. Dziś to było ważniejsze niż krój. Wsunęła do nich klucze.

O dziewiątej zadzwonił domofon. Roman pobiegł do drzwi. Ludwika weszła do salonu w chabrowej bluzce i mocno utapirowanych włosach. Nie zdjęła butów.

Zostawiła mokre ślady na parkiecie. Od razu zaczęła urządzać ich życie. – Okno do wymiany. Wieje, prawda?

– Przesunęła wzrokiem po salonie. – Kanapa za wielka. Przestawimy ją pod ścianę. A tu przy oknie stanie mój fotel, ten z podnóżkiem.

Od razu będzie porządek. Roman stał obok, kiwał głową i uśmiechał się z ulgą. – Pani Ludwiko, proszę usiąść – powiedziała Alicja spokojnie. – Jedzenie wystygnie.

Teściowa usiadła u szczytu stołu, na miejscu Romana. Nie zapytała, czy może. Przy kolacji próbowała sałatkę i oceniła: – Dobra, obowiązkowa z niej dziewczyna. Tylko majonezu mniej.

Wątroba nie jest z blachy. – Zapamiętam – powiedziała Alicja. Roman śmiał się za głośno, opowiadał historie z pracy, zerkał na matkę. Ludwika jadła z apetytem.

Kurczaka uznała za trochę przeciągniętego. O północy wstali z kieliszkami. Roman krzyknął: – Szczęśliwego nowego roku! – Pocałował matkę, potem cmoknął Alicję w skroń.

Ludwika przyłożyła jej do policzka wilgotne usta. – Nowego szczęścia, córeczko! Roman zatarł ręce. – Mamo, ten rok był dla ciebie trudny.

My z Alicją dużo rozmawialiśmy. Długo myśleliśmy, co podarować ci na nowy rok. – Zrobił pauzę. – Na nowy rok podarujemy mamie twoje mieszkanie.

Ludwika powoli odwróciła głowę w stronę Alicji. Czekała na krzyk, na płacz. Alicja odstawiła kieliszek cicho, dokładnie na środek podkładki. – Oczywiście, kochanie – powiedziała.

– Całkowicie się zgadzam, że pani Ludwice trzeba pomóc. Człowiek na starość powinien mieć spokój. Własny kąt. Ludwika kiwnęła głową, już prawie rozczulona własnym zwycięstwem.

– No właśnie, Alu, widzisz, jak ty umiesz, kiedy chcesz. Alicja wyszła zza stołu i stanęła pod girlandą. – Dlatego jutro wystawiam na sprzedaż to mieszkanie, w którym teraz siedzimy. Roman przez moment nie zrozumiał.

– Co? – To mieszkanie jest twoje, Romku. Rodzice przepisali je na ciebie jeszcze przed naszym ślubem. Dobra dzielnica, trzy pokoje, balkon.

Myślę, że za milion złotych pójdzie bez problemu. – Ty chyba nie mówisz poważnie. – Mówię bardzo poważnie. Sprzedamy je.

Za te pieniądze kupisz mamie ładną, wygodną kawalerkę albo małe dwa pokoje w nowym bloku. Najlepiej na parterze albo z windą. Zrobisz remont, wybierzesz meble, kupisz jej ten fotel z podnóżkiem. To będzie piękny prezent.

Twój prezent od kochającego syna. W pokoju zrobiło się tak cicho, że było słychać kapanie wody w kuchni. – Sprzedać to mieszkanie? – Roman odzyskał głos.

– Nasz dom. – Nasz? – Alicja popatrzyła na niego uważnie. – Dziś rano tłumaczyłeś mi, że w rodzinie nie ma twojego i mojego.

Jest nasze. Więc mamy wspólny cel. Pomóc twojej mamie bez kredytu, bez pożyczek. – Ale gdzie my pójdziemy?

I to pytanie zdradziło go bardziej niż cała przemowa. Nie zapytał, czy Alicja sobie poradzi. Zapytał, co stanie się z jego wygodą. – Do mieszkania twojej mamy.

Przecież się zwolni. Dwa pokoje, piąte piętro bez windy. Ciasno, ale własne. Sam często mówiłeś, że człowiekowi wiele nie trzeba, jeśli ma rodzinę obok.

– Ale twoje mieszkanie stoi puste. Przecież to bez sensu. – Moje mieszkanie jest moje – powiedziała Alicja. – I dziś zrozumiałam, po co człowiekowi taki pusty kąt.

Nie po to, żeby rodzina miała co rozdawać. Po to, żeby w razie czego można było zamknąć za sobą drzwi. – Nie zrobisz tego – powiedziała Ludwika niskim głosem. – Chcesz skłócić syna z matką w nowy rok?

– Nie ja go stawiam między nami. On sam stanął po pani stronie, kiedy uznał, że można podarować coś, co do niego nie należy. W przedpokoju rozległ się drugi dzwonek. Dwa sygnały umówione.

Alicja poszła do drzwi. Na progu stał Kamil. Wysoki, w zimowej kurtce, w rękach trzymał dwie duże puste walizki. – Cześć, siostrzyczko – powiedział cicho.

– Jestem w porę. – Bardziej niż w porę. Kamil skinął Romanowi głową bez powitania. Alicja wyjęła z kieszeni pęk kluczy i położyła na otwartej dłoni.

– To jest moje. I ja dziś z tego skorzystam. – Potem zwróciła się do brata. – Pomóż mi proszę.

Kamil wtoczył walizki do sypialni. Alicja zaczęła zdejmować z wieszaków swoje ubrania. Robiła to spokojnie. Zostawiła wspólne zdjęcia.

Po dwudziestu minutach dwie walizki i torba stały w przedpokoju. Alicja założyła płaszcz. Wróciła jeszcze na chwilę do salonu. Roman siedział zgarbiony, patrząc w talerz.

Ludwika trzymała dłonie na kolanach. – Żegnaj, Romku – powiedziała Alicja. Nie podniósł głowy. Wyszła, zamknęła drzwi.

Mechanizm zamka kliknął cicho, zwyczajnie. W samochodzie Kamil nie pytał o szczegóły. – Zimno ci? – zapytał po dłuższej chwili.

– Nie. Nie kłamała. Trzęsła się, ale nie z zimna. Kamil nie poprawił jej, tylko podkręcił ogrzewanie.

To było całe jego pocieszenie. Jej mieszkanie przywitało ją chłodem i zapachem zamkniętego lokalu. Kamil wniósł walizki i postawił je obok babcinego kredensu. – Przyjadę jutro.

Przyniosę farelkę i jakieś krzesło. – Dam sobie radę. – Wiem. Tylko nie udawaj przede mną, że to nic.

Objął ją mocno, krótko, po bratersku. Potem wyszedł. Alicja została sama. Włączyła światło.

Goła żarówka rzucała ostry, nieprzyjemny blask. Usiadła na podłodze obok walizek. Wyjęła telefon. Ani jednego nieodebranego połączenia od Romana.

Ani jednej wiadomości. Pierwsze dni minęły bez daty i godziny. Rozpakowywała rzeczy małymi porcjami. Znalazła czajnik, zaparzyła herbatę w babcinej filiżance z obtłuczonym uchem.

Nocą spała pod płaszczem, bo kanapa zapadała się pośrodku. Budziła się po kilka razy, nasłuchując obcych dźwięków. Trzeciego dnia rano obudził ją domofon. Ostry, natarczywy.

Głos Romana, zachrypnięty, niższy niż zwykle. – Alicja, to ja. Wpuść mnie, proszę. Musimy porozmawiać.

Otworzyła. Roman stał na progu w pogniecionej koszuli, nieogolony, z szarymi cieniami pod oczami. Nie zdjął butów. Na jasnej podłodze zostały mokre plamy.

– Mama wczoraj trafiła do szpitala. Ciśnienie prawie dwieście. Lekarze mówią, że silny stres. Ona cię prosi.

Mówi, że się uniosła, że do niczego nie rości sobie prawa. Alu, może wrócisz? Byłem niesprawiedliwy. Wszystko zrozumiałem.

Alicja milczała. Roman nie spojrzał na walizkę pod ścianą. Nie zapytał, gdzie spała. Jego oczy szukały tylko jednego: czy da się jeszcze wrócić do dawnego porządku.

I wtedy zrozumiała, że on nie przyszedł po nią. Przyszedł po tamtą Alicję, która załatwiała, znosiła, milczała i po wszystkim nakrywała do stołu. – Wejdź – powiedziała cicho. W jego twarzy pojawiła się ulga tak szybka, że aż zabolała.

– Alunia – zaczął tym dawnym tonem. – Mama jest w szpitalu. Ja sam nie dam rady. Przy tobie zawsze była spokojniejsza.

W lodówce nic nie ma, pranie leży. Człowiek wraca i nie ma do kogo ust otworzyć. Alicja odłożyła ściereczkę. Poczuła nie złość, nie urazę.

Przyszło ciężkie, brzydkie zmęczenie. On niczego nie zrozumiał. Przyszedł, bo jego przytulny świat się rozsypał. Chciał odzyskać nie Alicję.

Chciał odzyskać Alunię, tę dawną, użyteczną, niezawodną. – Zaparzasz mi herbaty? – zapytał cicho. – Gardło mnie boli od tego wszystkiego.

Alicja spojrzała na czajnik, potem na dwa kubki. – Nie, Roman – odpowiedziała bez gniewu. – Nie zaparzę. – Ale ja przyszedłem normalnie porozmawiać.

– Nie. Ty przyszedłeś po pomoc. – A co w tym złego? Jesteśmy małżeństwem.

– Byliśmy małżeństwem wtedy, kiedy twoja matka chciała mojego mieszkania. Byliśmy małżeństwem wtedy, kiedy siedziałeś przy stole i udawałeś, że to rozsądny plan. Byliśmy małżeństwem wtedy, kiedy wyszłam z walizkami, a ty nawet nie zapytałeś, dokąd pójdę. – Bałem się – mruknął.

– Mama naciskała. Ty wiesz, jaka ona potrafi być. – Wiem. Tylko ty przez lata wolałeś, żebym ja wiedziała za nas oboje.

Roman podniósł głowę. – To co ja mam teraz zrobić? I Alicja usłyszała w tym pytaniu całą prawdę. Nie „co my zrobimy”.

Nie „jak ci to naprawić”. Tylko „co ja mam teraz zrobić”, jakby nadal była od tego, by podać mu instrukcję. Podeszła do drzwi i otworzyła je szerzej. – Pojedziesz do szpitala, porozmawiasz z lekarzem, załatwisz opiekę dla matki.

A swoje mieszkanie możesz sprzedać, wynająć albo zatrzymać. To już nie jest moja decyzja. – Alicja, nie mów do mnie… – Alunia zamilkł. Roman stał jeszcze chwilę, jakby czekał, że się cofnie.

Alicja nie cofnęła się ani o krok. Wyszedł powoli. Drzwi zamknęły się cicho. Alicja przez chwilę stała bez ruchu.

Potem wzięła ścierkę, uklękła przy progu i wytarła mokre ślady po jego butach. Tym razem sprzątała u siebie, we własnym mieszkaniu, w ciszy, która już nikogo nie udawała. Kubek Romana zdjęła z półki dopiero następnego ranka. Nie wyrzuciła go ze złością.

Po prostu włożyła go do kartonu z rzeczami, które kiedyś były potrzebne, a teraz tylko zajmowały miejsce. Tak skończył się plan Romana i jego matki. Nie awanturą, nie wielkim pokazem.

Skończył się w małej kuchni przy stygnącym czajniku, kiedy Alicja po raz pierwszy nie podała herbaty człowiekowi, który przez lata mylił jej miłość z obowiązkiem.