Wieczorem, w upale chorwackiego kempingu, wróciłem do kamery i od razu poczułem, że coś jest nie tak. Mieliśmy tam być na wymarzonych wakacjach, a zamiast tego od czterech dni nie spaliśmy. Klimatyzacja w naszej nowiutkiej, wymarzonej przyczepie hałasowała tak, jakby ktoś za ścianą wiercił wiertarką udarową. Zgłaszałem to na reklamacji, ale nic z tego nie wyszło.

Facet ze sprzedaży powiedział mi wprost, że ona tak musi pracować, bo to rezonans w dachu. A ja słyszałem, jak dudni non stop. Miałem wcześniej Sinklera za pięć tysięcy, który był cichutki, a ta klimatyzacja z przyczepy za dwieście pięćdziesiąt tysięcy to koszmar. Cykady cichły, ludzie na kempingu usypiali, a my tylko słuchaliśmy tego dudnienia.
Żona była wykończona, dzieci też. W nocy temperatura dochodziła do dwudziestu siedmiu stopni, a jedyne co nam zostało to ta włączona klimatyzacja, która nie pozwalała zmrużyć oka. Co cztery, pięć minut włączała się z powrotem, żeby schłodzić, i znowu budziliśmy się zlani potem. Ale to nie był początek problemów.
Pierwszego dnia przyczepa została zalana. Drzwi nie domykały się, trzeba było nimi napierdzielać, żeby w ogóle się zamknęły. Zawiasy musiałem wymienić sam, bo sprzedawca dał mi tylko zapasowe stoperki, żebym sobie poradził. Lustro spadło, rozwaliło się, uszkodziło drzwi i umywalkę, a oni powiedzieli, żebym kupił nowe na ich fakturę.
Deska przy łóżku latała, łóżko w ogóle się nie rozkładało. Zgłosiłem masę usterek, a po reklamacji nie zrobili kompletnie nic. Najgorsze odkryłem dopiero po przyjeździe. Przyczepa miała przekłamane dane w papierach — w dowodzie rejestracyjnym 1534 kilogramy, a sprzedawca twierdził, że powinno być 1683.
Prawdopodobnie na pusto ważyła całe dwie tony. Była totalnie przeładowana i nie powinna się poruszać po drogach. Wcisnęli nam bubla za ogromne pieniądze i jeszcze mieli czelność udawać, że to my czegoś nie rozumiemy. Rozmawiałem z nim przez telefon, siedząc naprzeciwko mojego prawnika, i łapał się za każdym słowem.
Motał się w zeznaniach, twierdził, że to urząd się pomylił, a nie on. Kiedy puściłem mu nagranie rozmowy o poduszkach do łóżka, na które czekaliśmy ponad miesiąc, odpisał tylko: „Hi hi hi. Jak tam mój płyn? ”.
Myślał, że trafił na jelenia, któremu wszystko można wcisnąć. Powiedziałem mu wtedy, że nie będę z nim handlował, że mój sklep go nie obsłuży i że żądam zwrotu pieniędzy. Chcę oddać tę przyczepę, nie chcę jej nawet za darmo. Pokochałem ją od pierwszego wejrzenia, marzyliśmy o niej z piętnaście lat, ale to jest jeden wielki jeżdżący bubel, który rozlatuje się w oczach.
Skończy się to w sądzie, bo wątpię, żeby firma poszła po rozum do głowy. Ale jeśli nie zrobią tego, czego żądam, będę walczył o swoje. Napiszę do producenta, rozdmucham to w mediach, stanę na rzęsach, żeby ten dealer zniknął z rynku. Gdyby nie ta przyczepa, te wakacje byłyby cudowne, bo Chorwacja jest piękna, a widoki niesamowite.
Ale zamiast odpoczywać, co noc obiecuję sobie, że jak go dopadnę, to będzie musiał protetyka szukać. I nie żartuję.


