Umowa najmu mojego mieszkania została podpisana 21 marca o 17:20. Tego samego dnia o 11:40 mój syn wnosił moją torbę po schodach ośrodka pod Nałęczowem i rzucił przez ramię: „Tato, dwa tygodnie. Wzmocnisz się i wracasz”. Sześć godzin dzieliło te słowa od podpisu pod umową na czas nieokreślony.

3800 złotych miesięcznie, płatne do dziesiątego na konto mojej córki. Wróciłem po pięciu miesiącach i dwóch dniach. Nie dlatego, że mnie wypuścili. Dlatego, że wyszedłem.
Ale nie wybiegajmy naprzód. Nazywam się Henryk Bielak. Mam 66 lat i całe życie mieszkam w Lublinie, na Kalinowszczyźnie. Przez 31 lat jeździłem autobusem w MPK.
Najdłużej osiemnastką: Kalinowszczyzna, Centrum, ZANA, dalej na LSM. Zaczynałem na Jelczach, kończyłem na czymś z klimatyzacją i ekranem, na którym pisało, gdzie się jest, jakby kierowca nie wiedział. Kierowca autobusu ma jedną umiejętność, o której nikt nie mówi. Rozpoznaje ludzi po tym, gdzie wsiadają.
Nie po twarzach, po przystankach i godzinach. Wiedziałem, kto wsiada na ZANIE o 6:52, a kto o 7:20, i przez dwadzieścia lat mówiłem tym ludziom „dzień dobry”, nie znając ani jednego nazwiska. Mam też nawyk z tamtej roboty, którego nie zgubiłem do dziś. Kierowca zapisuje wszystko.
Godziny, awarie, opóźnienia. Ja od 86 roku noszę w kieszeni mały zeszycik i wpisuję do niego, co się danego dnia wydarzyło. Data, godzina, jedno zdanie. Bez ozdobników.
Ten zeszyt uratował mi później wszystko, ale wtedy był tylko dziwactwem, z którego śmiała się cała rodzina. Zofię poznałem w 82 na zajezdni. Pracowała w dyspozytorni. Pobraliśmy się w 83.
Robert urodził się w 84, Monika w 87. Mieszkanie na Kalinowszczyźnie dostaliśmy z zakładu w 89. 51 metrów, trzecie piętro, blok z wielkiej płyty, okna na podwórko z trzepakiem. Wykupiliśmy je w 97, w pierwszej fali.
Akt notarialny leży w szufladzie w kredensie od 28 lat. Zofia zmarła w 2017. Udar w kuchni, we wtorek rano, kiedy byłem na kursie. Wróciłem o 14:00 i drzwi były zamknięte na klucz od środka.
To cała historia jej śmierci i więcej o tym nie powiem. Robert mieszka w Warszawie. Jest przedstawicielem farmaceutycznym. Ma żonę Ilonę i dwóch synów, których widuje na zdjęciach.
Monika została w Lublinie. Pracuje w administracji. Mąż Sławek, córka. Od czterech lat budują dom w Jakubowicach.
Trzeci rok w stanie surowym zamkniętym, bo, jak mówi Monika, wszystko podrożało. Po śmierci Zofii dzieci dzwoniły codziennie przez miesiąc, potem raz w tygodniu, potem jak wychodziło. Nie mam im tego za złe. Ludzie mają swoje życie, a i ja przez trzydzieści lat wracałem do domu o różnych porach.
W 2021 roku umarła moja siostra Halina. Starsza o dziewięć lat, bezdzietna. Mieszkała na Bronowicach, w kawalerce 34 metry, czwarte piętro bez windy. Zostawiła ją mnie.
Sprawa spadkowa poszła u notariusza przy Krakowskim Przedmieściu, cicho, w listopadzie, w miesiącu, w którym z dziećmi rozmawiałem może cztery razy. Nie ukrywałem tego przed nimi. Po prostu nikt nie zapytał, a ja nie mam zwyczaju opowiadać o swoich sprawach majątkowych bez powodu. Wynająłem tę kawalerkę młodemu małżeństwu za 1200, czyli poniżej ceny, bo lokatorzy byli w porządku i płacili co do dnia.
Przez cztery lata ani Robert, ani Monika nie wspomnieli o niej ani razu. Myślę, że po prostu zapomnieli, że ciotka Halina miała mieszkanie. Mecenas Antoni Wierzba wsiadał na ZANIE o 6:52 przez jakieś dwadzieścia lat. Zawsze pierwszymi drzwiami, zawsze z teczką, zawsze „Dzień dobry, panie Heniu”, bo miał identyfikator za szybą i przeczytał go sobie kiedyś w latach dziewięćdziesiątych.
Rozmawialiśmy w sumie może godzinę przez te dwadzieścia lat, w kawałkach po pół minuty, kiedy autobus stał na światłach przy Głębokiej. Gdy odchodziłem na emeryturę w 2019, ostatniego dnia wsiadł jak zawsze, a przy wysiadaniu podał mi wizytówkę. „Panie Heniu, gdyby pan kiedyś czegokolwiek potrzebował”. Włożyłem ją do zeszytu między kartki i nie ruszałem przez sześć lat.
8 stycznia poślizgnąłem się na oblodzonym chodniku przy Lwowskiej i złamałem nadgarstek. Prawa ręka, gips na sześć tygodni. Wtedy zaczęło się wszystko. Monika przyjeżdżała co drugi dzień.
Robiła zakupy, pomagała przy myciu, przywoziła obiady od siebie. Nie będę udawał, że tego nie doceniałem. Doceniałem bardzo i mówiłem jej to. W połowie lutego przyszła z propozycją: „Tato, chodźmy do notariusza po pełnomocnictwo, bo ja nie mogę za ciebie nic załatwić.
Ani w przychodni, ani w spółdzielni, ani w banku, a ty masz rękę w gipsie i nie podpiszesz się”. Miała rację. Podpisać się prawą ręką nie mogłem, a lewą wychodziło mi coś, czego nie przyjęliby nigdzie. Poszliśmy 19 lutego.
Pełnomocnictwo do spraw urzędowych, do reprezentowania mnie w przychodni, w spółdzielni i przed zakładem ubezpieczeń. Notariusz odczytał to na głos. Słuchałem jednym uchem, bo bolał mnie nadgarstek i myślałem o tym, żeby zdążyć na autobus. Podpisałem lewą ręką, koślawo, i notariusz to odnotował.
Rozmowa odbyła się 2 marca u mnie w kuchni. Byli oboje. Robert przyjechał specjalnie z Warszawy, co samo w sobie powinno mi było coś powiedzieć. Monika mówiła pierwsza: „Tato, znaleźliśmy taki ośrodek pod Nałęczowem.
To nie jest żaden dom starców, tylko ośrodek rehabilitacyjny. Basen, fizjoterapia, opieka. Pojedziesz na dwa tygodnie, wzmocnisz tę rękę, odpoczniesz”. Powiedziałem, że gips zdejmują mi za osiem dni i że rehabilitację mam załatwioną na Jaczewskiego.
Robert wtedy dołożył swoje tym spokojnym, uprzejmym tonem, którym rozmawia z lekarzami: „Tato, my się o ciebie boimy. Ty tu jesteś sam, na trzecim piętrze bez windy. Jak się drugi raz przewrócisz, to nikt cię nie znajdzie przez dwa dni”. Na to nie miałem odpowiedzi, bo to była prawda i sam o tym myślałem czasem w nocy.
Zgodziłem się. Spakowałem torbę na dwa tygodnie. Cztery koszule, dwie pary spodni, przybory, tabletki na ciśnienie, ładowarkę i zeszyt. Przed wyjściem Monika poprosiła o klucze.
„Zostaw mi zapasowe, tato, bo trzeba będzie podlewać kwiaty i wyjmować pocztę”. Zostawiłem oba komplety, bo zapasowe od lat leżały w tej samej szufladzie i nie chciało mi się szukać, który jest który. To była jedyna rzecz, którą tamtego dnia zrobiłem z własnej woli, i jedyna, której naprawdę żałuję. Ośrodek był porządny, to trzeba powiedzieć uczciwie.
Czysto, ciepło, jedzenie normalne, personel bez zarzutu. Pokój dwuosobowy, drugie łóżko przy oknie. Na nim pan Czesław, 79 lat, po udarze, mówiący jedną stroną ust. Rehabilitacja o 9:00, obiad o 13:00, kolacja o 18:00.
Cały ten budynek pachniał tym samym, czym pachną wszystkie takie miejsca w Polsce. Płynem do podłóg i rosołem. Do dziś, kiedy wchodzę do przychodni i czuję ten zapach, robi mi się gorąco w karku. Po dwunastu dniach zadzwoniłem do Moniki i zapytałem, kiedy mnie odbiorą.
„Tato, lekarz mówi, że jeszcze tydzień by ci dobrze zrobił”. Po trzech tygodniach zadzwoniłem znowu. „Robimy w mieszkaniu mały remont. Malujemy, żeby ci było ładniej.
Nie będziesz siedział w farbie”. Po pięciu tygodniach Robert powiedział przez telefon, że dzwoni z lotniska i oddzwoni. Nie oddzwonił przez dziewięć dni. Zapisywałem to wszystko w zeszycie.
Data, godzina, jedno zdanie. „14 marca, M, jeszcze tydzień”. „22 kwietnia, R, oddzwoni”. „31 marca, M, remont, malowanie”.
Nie robiłem tego, żeby mieć na kogoś haka. Robiłem to dlatego, że robię tak od 86 roku i dlatego, że kiedy dni są identyczne, człowiek musi je jakoś od siebie odróżniać. 29 kwietnia o 17:50 zadzwoniła do mnie sąsiadka z trzeciego piętra, pani Jadwiga, 77 lat. Mieszka naprzeciwko od 89.
„Panie Heniu, ja się może wtrącam, ale u pana mieszkają jacyś młodzi z psem. Ona wiesza pranie na pana balkonie”. Zapytałem, od kiedy. „No od marca.
Od razu, jak pan wyjechał. Ja myślałam, że to wnuki”. Podziękowałem, rozłączyłem się i usiadłem na łóżku. Pan Czesław coś powiedział ze swojego kąta, ale nie zrozumiałem.
Zadzwoniłem do Moniki. Odebrała po piątym sygnale. W tle był plac budowy, słyszałem betoniarkę. Zapytałem wprost, kto mieszka w moim mieszkaniu.
Nie zaprzeczyła. To trzeba jej oddać – ani przez sekundę nie próbowała kłamać. „Tato, no bądźmy realistami. Ty tam sam nie wrócisz.
Sam to wiesz. A mieszkanie nie może stać puste i się niszczyć. Musi na siebie zarabiać”. Zapytałem ile.
„3800. Tato, ale my z tego płacimy za ciebie 5200 miesięcznie. My do ciebie dokładamy”. Powiedziałem, że moja emerytura to 4100 i że idzie na to samo konto co czynsz.
Cisza trwała może trzy sekundy. Potem Monika powiedziała jedno zdanie, po którym odłożyłem telefon: „Tato, nie licz mi tu teraz. Nie rób z nas potworów”. To jeszcze nie było najgorsze.
Poszedłem następnego dnia do biura i poprosiłem panią dyrektor o kopię umowy, na podstawie której tu jestem. Nie robiła żadnych trudności. Wydrukowała mi ją w trzy minuty. Umowa o świadczenie usług opiekuńczych, zawarta w marcu.
Strona: Henryk Bielak. Opłata 5200 miesięcznie. Okres na czas nieokreślony z miesięcznym okresem wypowiedzenia. Na dole, na ostatniej stronie, był mój podpis.
Przez 31 lat podpisywałem karty drogowe. Dwa razy dziennie, sześć dni w tygodniu, na kolanie, na desce, przy zapalonym silniku. Mój podpis ma jedną cechę, której nie da się podrobić przypadkiem. Ostatnia litera schodzi w dół i wraca długą kreską pod spód całego nazwiska, bo tak się pisze, kiedy podpisuje się na czymś, co się trzęsie.
Na tej umowie tej kreski nie było. I jeszcze jedno. 21 marca miałem prawą rękę w gipsie. Zdjęli mi go dopiero 27.
Siedziałem z tą kartką w stołówce, przy stole pod oknem, przy kubku rosołu, który zdążył wystygnąć, zanim go tknąłem. Ścisnąłem kubek odrobinę mocniej. Moje dzieci mogły zachować się inaczej. Miały na to pięć tygodni, dwanaście moich telefonów i jedną wizytę, której nie złożyły ani razu.
Wybrały inaczej. Nie zadzwoniłem do nich ani tego dnia, ani przez następne dziesięć. Zamiast tego wyjąłem z zeszytu wizytówkę, która leżała tam od 2019 roku, i zadzwoniłem do kancelarii przy Chopina. Sekretarka zapytała, w jakiej sprawie i czy jestem klientem.
Powiedziałem: „Proszę przekazać panu mecenasowi, że dzwoni kierowca osiemnastki. Ten, co pana mecenasa woził z ZANY o 6:52”. Oddzwonił po czterdziestu minutach. Antoni Wierzba ma dziś 71 lat i już prawie nie prowadzi spraw.
Kancelarię przejął jego syn. Przyjechał do mnie do ośrodka w piątek, samochodem, 120 kilometrów w obie strony, i siedzieliśmy dwie i pół godziny w świetlicy przy stole do gry w warcaby. Przeczytał umowę, przeczytał pełnomocnictwo z lutego, przejrzał zeszyt, wszystkie wpisy od marca, i powiedział mi cztery rzeczy. Pierwsza była tą, po której zrobiło mi się słabo, i to nie z powodu prawa.
„Panie Henryku, pan może stąd wyjść dzisiaj. To jest prywatny ośrodek, nie szpital psychiatryczny i nie zakład karny. Pana nikt tu nie zatrzymuje i nikt nie ma do tego prawa”. Zapytałem, czy na pewno.
Powtórzył wolniej. Przez pięć tygodni siedziałem w pokoju, w którym drzwi nie miały nawet zamka od wewnątrz, i ani razu nie przyszło mi do głowy, że mogę po prostu wziąć torbę i pójść na przystanek. Nie dlatego, że mi zabroniono. Nikt mi niczego nie zabraniał.
Trzymało mnie jedno zdanie, które sam sobie powtarzałem od marca. „Nie rób problemu”. Druga rzecz. Pełnomocnictwo z lutego obejmowało sprawy urzędowe.
Nie obejmowało zawierania umów najmu mojego mieszkania ani rozporządzania moimi pieniędzmi. Nawet gdyby córka podpisała umowę najmu jako pełnomocnik – a nie podpisała, bo podpisała się moim nazwiskiem – byłaby to czynność poza zakresem umocowania. Trzecia. Pieniądze z czynszu, które od marca wpływały na jej konto, to moje pieniądze.
Nie są jej i nigdy nie były. Kto bez podstawy prawnej uzyskał korzyść cudzym kosztem, ma obowiązek ją zwrócić. Czwarta dotyczyła lokatorów i to była ta, przy której pokłóciłem się z Wierzbą jedyny raz. Doradzał wezwanie do opuszczenia lokalu.
Powiedziałem, że nie. Ci ludzie płacili uczciwie 3800 przez pięć miesięcy i nie mieli pojęcia, komu płacą. Wyrzucić ich z powodu tego, co zrobiła moja córka, byłoby dokładnie tym samym ruchem, tylko wykonanym przeze mnie. Napisaliśmy do nich list.
Wyjaśnienie sytuacji, prośba o przekazanie potwierdzeń wszystkich przelewów i propozycja: mogą zostać do końca sierpnia, płacąc już mnie, i mają czas, żeby spokojnie znaleźć coś innego. Kinga i Paweł odpisali w ciągu dwóch dni. Przysłali komplet potwierdzeń. Pięć przelewów po 3800, wszystkie na to samo konto, z tytułem „czynsz”.
Napisali, że umowę pokazała im córka właściciela, który przebywa w ośrodku i nie może przyjechać. Tego samego dnia odwołałem pełnomocnictwo na piśmie, z podpisem notarialnie poświadczonym, z zawiadomieniem wysłanym do Moniki, do Roberta, do spółdzielni, do banku i do ośrodka. Wypowiedzenie umowy z ośrodkiem złożyłem 14 czerwca. Ostatni miesiąc zapłaciłem sam, ze swojego konta, co do złotówki, żeby nikt nigdy nie mógł powiedzieć, że wyszedłem stamtąd komuś winien.
Wyszedłem 23 lipca o 9:40. W zeszycie mam z tego dnia jeden wpis, jedno zdanie. „Wyszedłem o 9:40”. Nikt mnie nie zatrzymał.
Wezwanie do zapłaty poszło 1 sierpnia. 19 000 z czynszu za pięć miesięcy plus 22 000 pobrane z mojej emerytury ponad to, co faktycznie zapłacono ośrodkowi. Razem 41 000. Monika nie odpowiedziała.
Robert odpowiedział mailem, który jego prawnik pewnie nazwałby konsyliacyjnym, że w rodzinie takich spraw się nie prowadzi i że jest gotów usiąść i wszystko policzyć po ludzku. Odpisałem, że liczenie po ludzku skończyło się 21 marca o 17:20. Pozew złożyliśmy we wrześniu i wtedy moja córka zrobiła rzecz, której nie przewidział nawet Wierzba. W październiku dostałem z sądu zawiadomienie: wniosek o ubezwłasnowolnienie częściowe Henryka Bielaka, złożony przez Monikę.
W uzasadnieniu było, że ojciec od śmierci matki funkcjonuje w izolacji, podejmuje decyzje finansowe pod wpływem osób trzecich i nie jest w stanie samodzielnie prowadzić swoich spraw. Osobą trzecią byłem ja z moim prawnikiem. Sprawa toczyła się cztery miesiące. Byłem badany przez biegłego psychiatrę i biegłego psychologa, osobno, w sumie przez trzy godziny.
Pytali o daty, o leki, o to, jak prowadzę dom, jak robię zakupy, ile mam na koncie i co bym zrobił, gdyby zepsuła mi się pralka. Zabrałem na to badanie zeszyt. Nie żeby się popisać, po prostu tam jest wszystko, co się działo dzień po dniu od stycznia. Biegły przeglądał go dwadzieścia minut.
Opinia była jednoznaczna. Brak jakichkolwiek podstaw. Pełna zdolność do czynności prawnych, prawidłowa orientacja, sprawność poznawcza w normie dla wieku, dobra organizacja spraw własnych. Sąd oddalił wniosek w lutym i obciążył Monikę kosztami postępowania.
Na tej sali byliśmy we troje. Ja, ona i jej pełnomocnik. Robert nie przyjechał. Dowiedziałem się później, że nie wiedział o tym wniosku i że to była pierwsza rzecz w całej tej historii, przy której powiedział siostrze „nie”.
Kiedy sędzia odczytywał postanowienie, Monika patrzyła w blat stołu. Wychodząc na korytarz, powiedziała do mnie tylko: „Ty naprawdę do końca będziesz się mścił? ”. Odpowiedziałem, że wróciłem do domu, wypowiedziałem umowę i chcę swoje pieniądze, a to nie jest zemsta, tylko sprzątanie.
Sprawę o zapłatę wygrałem w kwietniu. Sąd zasądził 41 000 z odsetkami, solidarnie od obojga. Robert był stroną, bo to na jego prośbę podpisano umowę z ośrodkiem, a pieniądze szły na konto siostry. W uzasadnieniu znalazło się jedno zdanie o umowie z 21 marca: że podpis na niej nie pochodzi od powoda, co strona pozwana ostatecznie przyznała.
Zawiadomienia do prokuratury nie złożyłem. Wierzba pytał mnie o to dwa razy, a za drugim razem powiedział, że rozumie. Robert spłaca swoją część w ratach po 1000. Monika i Sławek wzięli kredyt, żeby zamknąć sprawę jednorazowo.
Dom w Jakubowicach stoi dalej w stanie surowym. Czwarty rok. Ilona, żona Roberta, dowiedziała się przy okazji procesu, że pieniądze, które przez pięć miesięcy dokładali tacie, w rzeczywistości do nich wpływały. Nie wiem, co dokładnie zaszło między nimi.
Wiem tylko, że Robert dzwoni teraz do mnie sam. Nie przy okazji. Nie czułem triumfu. Ani w lutym na tamtym korytarzu, ani w kwietniu przy wyroku.
Do mieszkania na Kalinowszczyźnie wróciłem we wrześniu, kiedy Kinga i Paweł się wyprowadzili. Zostawili je czyste, oddali klucze osobiście i przynieśli ciasto, czego do dziś nie umiem im odpłacić. Mieszkam jednak nie tam. Przeprowadziłem się na Bronowice, do kawalerki po Halinie.
34 metry, czwarte piętro, bez windy. Wybrałem ją właśnie dlatego. 81 schodów dwa razy dziennie to jest coś, co nie pozwala człowiekowi zbyt szybko przyznać komuś racji w kwestii „ty tam sam nie dasz rady”. Mieszkanie na Kalinowszczyźnie wynajmuję za 3800.
Umowa podpisana moją ręką, z tą długą kreską pod nazwiskiem. Pieniądze wpływają na moje konto dziesiątego każdego miesiąca. Od listopada jeżdżę znowu. Raz w tygodniu, w czwartki, wożę busem podopiecznych hospicjum na zabiegi.
Wolontariat. Dziewięć osób, ta sama trasa co tydzień. Prawo jazdy kategorii D mam ważne do 68 roku życia i zamierzam je odnowić. Z Moniką nie rozmawiam.
Nie zabroniłem jej niczego. Nie zablokowałem numeru, nie wykreśliłem jej z niczego. Po prostu ona nie dzwoni, a ja przestałem być tym, który dzwoni pierwszy. Po 66 latach okazało się, że to jest umiejętność, której można się nauczyć w jeden miesiąc.
Zeszyt prowadzę dalej. Dzieci nie odbierają rodzicom domu siłą. Nikt nie wynosi ojca za ręce i nogi. Dom odchodzi w tym momencie, w którym rodzic pierwszy raz mówi: „Dobrze, niech będzie tak, jak wam wygodniej”.
A potem powtarza to jeszcze dwanaście razy, coraz ciszej, żeby nie robić problemu. Ja przez pięć miesięcy siedziałem za drzwiami, które nie miały zamka. Przez pięć miesięcy pilnował mnie wyłącznie mój własny strach, że jeśli się upomnę o swoje, to przestanę być dobrym ojcem. Można być dobrym ojcem i mieć klucze do własnego mieszkania.
Nikt mi tego nie powiedział przez 66 lat, więc mówię to teraz komuś innemu.


