Stoję przy białej Skodzie, a przede mną otwarty kompresor klimatyzacji. Klient kupił nowy, bo poprzedni właściciel wmówił mu, że stary jest uszkodzony. Ale coś mi tu nie grało. Mówię do Marcina: „Słuchaj, sprawdźmy to, zanim wymienimy, bo coś mi tu śmierdzi”.

Podpięliśmy azot, żeby wykryć nieszczelność. I wtedy to usłyszeliśmy – syk. W miejscu, gdzie powinna być nakrętka, była tylko dziura. Ktoś po prostu nie dokręcił rurki.
Kompresor był cały. Ale to nie koniec, bo ciśnienie dalej spadało. Znaleźliśmy pierwszą usterkę, ale wiedziałem, że to nie wszystko. Zaczęliśmy szukać dalej.
Marcin podnosił auto, a ja zaglądałem w każdy zakamarek. W międzyczasie w warsztacie huczało od pytań. Ktoś dopytywał o oleje, ktoś o ceny, a ja starałem się ogarniać i naprawę, i sklep. W tle Iwona, nasza kamera, co chwilę się wyłączała, a wąski – nasz kolega – znów coś napsuł.
Podob podobno skasował wszystkie filmy z kanału. Marcin się śmiał, że za karę będzie miał 24 godziny na żywo. Ale wracając do klimy. Ciśnienie spadało w oczach.
Mówię: „To musi być gdzieś indziej”. Wziąłem pianę i zacząłem spryskiwać połączenia. Nagle – bąbelki. Kolejna nieszczelność, tym razem przy skraplaczu.
A żeby się do niej dostać, trzeba było zdjąć zderzak. Klient patrzył na nas z niedowierzaniem, a ja tłumaczyłem: „Tak wygląda naprawa klimatyzacji. Trzeba szukać, sprawdzać, a nie od razu wymieniać kompresor”. W międzyczasie w warsztacie trwały przygotowania do przeprowadzki.
Właściciel hali powiedział, że mamy się wynosić. Po dwóch latach obiecywał, że będziemy tu siedzieć dożywotnio, a teraz wszyscy się pakują. Kolega już wyjechał, tokarka zniknęła, a my zostaliśmy z kilkoma autami na placu. Mówię do Marcina: „No cóż, podobno mamy tu być dożywotnio, ale chyba umarliśmy, bo nas wyrzucają”.
Marcin się śmieje, że idzie do Biedronki. Ale najpierw trzeba było skończyć robotę. Zdjęliśmy zderzak, wymieniliśmy uszczelkę, założyliśmy nową. Podłączyłem azot i patrzyłem, czy ciśnienie trzyma.
Tym razem było dobrze. W końcu nabiliśmy czynnik i klima zaczęła działać. Klient był zaskoczony, że nie musiał wymieniać kompresora. A ja tylko pokręciłem głową: „Ludzie, nie każda usterka to wymiana części.
Czasem wystarczy poszukać”. Na koniec dnia, gdy wszystko było gotowe, spojrzałem na pustą halę. Wiedziałem, że to koniec pewnego etapu. Ale przynajmniej ta Skoda wyjechała z działającą klimą.
A my? Cóż, pakujemy się dalej. Może w nowym miejscu będzie lepiej. Może nie.
Ale jedno jest pewne – dopóki mamy ręce do pracy, damy radę.


