Rano wytrzeźwiałam, ale było już za późno. Staliśmy w urzędzie stanu cywilnego, a potem prezes wezwał mnie do swojego gabinetu. Natalia Klimowicz, znana w holdingu Tytan jako kobieta, która doszła do wszystkiego sama, poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg. Mateusz Bożek mówił do niej tonem, jakim zwykle wydawał polecenia podwładnym – nie widział różnicy między magazynierem a przyszłą żoną.

— Zatrudni pani opiekunkę dla matki i zgłosi się do kliniki leczenia niepłodności. A potem niech pani wraca do pracy. Mam jeszcze raport kwartalny do skończenia — rzucił chłodno. Nie wiedziałam, czy to stary ból, czy pokora, ale w moim zamroczeniu nie potrafiłam tego rozszyfrować.
Pamiętałam tylko mgliście, jak uregulował rachunek, wyprowadził mnie z restauracji, podtrzymując za łokieć, wsadził do taksówki i podał kierowcy mój adres, który sama wybełkotałam mu do ucha. Jakimś cudem wątpliwości ustąpiły. Po ceremonii schował akt małżeństwa do kieszeni marynarki i powiedział bez cienia ironii:
— A pani niech jedzie do pracy, pani dyrektor, żeby się nie spóźnić. Wsiadłam do swojego Lexusa i pojechałam do biura, czując dziwną pustkę tam, gdzie spodziewałam się ulgi i radości.
W gabinecie czekało na mnie coś jeszcze. Obok nazwiska Mateusza widniała liczba 20% akcji, a wyżej, w największym prostokącie, z napisem 30% – Tomasz Ignacy Bożek. — Zjesz talerz do dna, a potem porozmawiamy — zaczął Tomasz, gdy oparłam się o krzesło. Nalał herbaty do dwóch kubków.
— Po co mi one samemu? A do prezesa kto podejdzie z takimi nowinami? Okazało się, że Tomasz wychodzi do stołówki o 6:00 rano. Pensja wynosi 30 000 złotych miesięcznie.
Wzięłam awans do ręki i długo patrzyłam na swoje nazwisko wydrukowane urzędową czcionką. — Jeśli to zepsujecie, cała odpowiedzialność spadnie na panią, pani Natalio, co do grosza kary umownej — ostrzegł. Wtedy w mojej głowie pojawiło się pytanie: Boże, gdzie byłeś przez te 20 lat? Koleżanki Roksany podchwyciły drwiny, szepcząc o wieku Tomasza i robiąc aluzje do problemów intymnych.
Poczułam, że muszę coś powiedzieć. — Rzeczywiście jestem ze wsi i rzeczywiście do wszystkiego doszłam sama, niezależnie od majątku rodziców — powiedziałam dobitnie. Wyjazd do rodzinnej wsi, który odkładałam od tygodni, okazał się niespodziewanie ciepły. Aurora, chuda kobieta z ostrym nosem, podeszła do mnie z kieliszkiem szampana.
— Obraza moich uczuć do męża i obraza samego Tomasza, który ufa mi bez żadnych papierków — ciągnęłam, patrząc jej prosto w oczy. — Czułeś się niepewnie, czekając na spadek, który może nadejść za 20 lat albo za dwa — dodałam. Rudolf otworzył usta do kolejnej tyrady, ale Mateusz uprzedził go, gwałtownie wstając. Powoli odwrócił się do rodziny Roksany, a w jego oczach pojawiła się lodowata pogarda.
— Jedziemy do domu — powiedział krótko. Pomysł, by pojechać do starej pierogarni na obrzeżach miasta, należał właśnie do Anastazji. Tam, przy wspólnym stole, padły ważne słowa. — Te pieniądze należały do pani siostry — powiedział ktoś.
— Sprawiedliwie będzie, jeśli trafią do jej dzieci, Mateusza i Anastazji. Prawdziwa rodzina, o której kiedyś nie śmiałam marzyć, przytuliła się do ramienia męża. W końcu poczułam, że znalazłam swoje miejsce.


