Janusz Kowalski uwielbiał zapach pieniędzy o poranku. Bardziej niż kawę, bardziej niż perfumy swojej żony, bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Tego grudniowego poranka stał w swoim gabinecie na ostatnim piętrze biurowca Janusz Bud. Za oknem rozciągało się zasypane śniegiem miasto, ale on nie widział zimy.

Widział działki do kupienia, inwestycje do przejęcia, kolejne cyfry na swoim koncie. Poprawił krawat od Zegny, wart więcej niż miesięczna pensja jego najlepszego pracownika, i uśmiechnął się do swojego odbicia w szybie. Miał 52 lata, ciało zadbane przez prywatnego trenera i zegarek za sto tysięcy złotych na nadgarstku.


