Tej nocy Konrad znów leżał w łóżku z otwartymi oczami, wpatrzony w sufit, podczas gdy z dołu po raz kolejny dobiegały te same dźwięki. Ktoś grał na pianinie — pięknie, ale uparcie, noc po nocy, i odbierało mu to sen. Był zmęczony, rozdrażniony i miał już dość. Mieszkanie piętro niżej było niedawno wynajęte, a nowa lokatorka najwyraźniej nie zamierzała przejmować się tym, co myślą sąsiedzi.

Nie wytrzymał. Wstał z łóżka, narzucił coś na siebie i wyszedł na korytarz. Winda nie wchodziła w grę — za dużo czasu, za dużo spokoju dla niej. Zszedł po schodach, a im bliżej był drzwi, tym głośniej słyszał melodię.
Zapukał. Najpierw grzecznie, potem mocniej, aż w końcu załomotał z całej siły. Drzwi otworzyła młoda kobieta. Miała ciepłe oczy i lekko zmieszany wyraz twarzy, a za nią w świetle lampy stał otwarty fortepian.
Konrad zaczął mówić szybko, może zbyt ostro, że tak się nie robi, że sąsiedzi też chcą spać, że to niemożliwe, żeby grać o tej porze. Ona słuchała, nie przerywała, a potem powiedziała cicho, że naprawdę jej przykro, że nie pomyślała. — Może zamiast budzić pana ze snu — powiedziała niepewnym głosem — mogłabym pana… ukołysać? Spojrzał na nią, nie rozumiejąc.
Ale ona uśmiechnęła się i zaprosiła go do środka. Usiadła z powrotem przy pianinie i zagrała coś zupełnie innego — łagodną, powolną melodię, która wypełniła cały pokój. Konrad stał przy drzwiach i nie mógł się ruszyć. To nie była ta sama muzyka, która go irytowała.
To było coś, czego nie znał, a co sprawiało, że całe napięcie z niego opadało. Został. Tego wieczoru nie wrócił do siebie. A potem zaczął wracać — coraz częściej.
Zjeżdżał piętro niżej, siadał w jej salonie i słuchał, jak gra. Rozmawiali godzinami o wszystkim i o niczym. Weronika opowiadała o sobie, on o swoim życiu, które było samotniejsze, niż chciał przyznać. Z czasem to, co zaczęło się od irytacji, stało się czymś zupełnie innym.
Pewnego wieczoru powiedział jej, że pamięta ten pierwszy raz, kiedy zapukał do jej drzwi. Powiedział, że gdyby nie ta muzyka, nigdy by się nie poznali. Weronika patrzyła na niego z wilgotnymi oczami i milczała, a potem uśmiechnęła się tak, jakby nie musiała nic mówić. Wiedziała.
Wiedziała, że to właśnie ten dźwięk, który miał być problemem, stał się początkiem czegoś, czego żadne z nich się nie spodziewało. Na ich weselu usiadła do fortepianu i zagrała tę pierwszą melodię — tę, która kiedyś nie dawała mu spać. Tym razem nikt nie narzekał na hałas. Wszyscy słuchali w ciszy.
A Konrad stał z boku i myślał o tym, jak często to, co na początku wydaje się przeszkodą, okazuje się największym darem.


