Profesor Król odwróciła się do niego i powiedziała: „Proszę nie dotykać tablicy”. Marek cofnął rękę, skinął głową i wrócił do wózka z mopem. Najpierw odbierał listę sal do sprzątania, potem wózek, worki na śmieci, płyn do podłóg i pęk kluczy ciężki jak mały wyrok. Dwadzieścia lat wcześniej był studentem tej samej uczelni, najlepszym na roku, cichym, niepozornym chłopakiem z Bałt, który przychodził na zajęcia w znoszonej kurtce, ale rozwiązywał zadania szybciej niż doktoranci.

Czasem planował, jak przetrwać do dziesiątej. Tamtego wieczoru po spotkaniu z profesor Król Marek wszedł do auli 204. „No proszę” – mruknął do siebie. Wszystko robił mechanicznie, ale wzrok wciąż wracał do tablicy.
Marek wyjął z kieszeni mały notes, otworzył go na pustej stronie i przepisał fragment z tablicy. Do środka zajrzał doktorant w granatowej marynarce, który zauważył notes w jego dłoni. Marek zamknął notes. „Lista rzeczy do zrobienia” – powiedział i zaśmiał się sam do siebie, bardzo zadowolony z żartu.
Potem powoli odłożył mop, podszedł do tablicy i stanął przed zapisanym dowodem. Zadzwonił telefon. „Zosiu, no co? ” – powiedział cicho.
Marek schował telefon i notes do kieszeni. A jednak profesor Irena Król spojrzała na ten wózek tak, jakby Marek wprowadził do reprezentacyjnego holu nie sprzęt do sprzątania, lecz taczkę z gruzem. Słowo „zaplecze” zawisło między nimi jak etykieta przyklejona do czoła. W tej samej chwili z kieszeni jego polaru wysunął się mały notes i upadł na podłogę.
Domański przekręcił notes, udając, że próbuje odczytać zapisy. Profesor Król podeszła bliżej, zabrała notes z dłoni doktoranta i zerknęła na stronę. Po chwili oddała mu notes. Marek schował notes do kieszeni.
Odwróciła się do gości i natychmiast zmieniła ton: „Szanowni państwo, zapraszam do auli”. Nieoficjalnie jego wzrok od razu powędrował do tablicy. Później profesor przeszła do tablicy i zaczęła omawiać kluczowy fragment dowodu. Profesor Król przeszła do kolejnego fragmentu.
„Wydawało mi się, że ma pan jakieś uwagi do prezentacji” – usłyszał. Marek milczał. Nauczył się tego przez lata. Milczeć, gdy ktoś mówił do niego z góry.
Po kolejnych dwudziestu minutach dyskusja utknęła. Wtedy Marek zrobił jeden krok do przodu. Powinien był skinąć głową, wrócić do wózka i zamknąć za sobą drzwi. Ale nie zrobił tego.
„Dlatego ten błąd jest trudny do zauważenia” – powiedział. Kilka osób prychnęło, ale profesor z Krakowa odwrócił się do niego surowo. „Właśnie z szacunkiem do nauki pytam” – odpowiedział Marek. Ktoś mógł nagrać film, wrzucić do internetu, podpisać.
Mop, ścierkę, rachunki, klucze do cudzych sal, plastikowe torby z zakupami robionymi tak, by starczyło do końca miesiąca. Profesor z Krakowa pochylił się lekko do przodu i przysunął bliżej notes. Potem odwrócił się do sali. „Nie twierdzę, że jest do odrzucenia” – powiedział.
„No tak” – odpowiedział Marek cicho. Jej oczy przesuwały się od pierwszego rysunku do ostatniej linijki dowodu. Profesor z Krakowa podszedł do tablicy. Wyglądało to dziwnie, jakby na chwilę jego dłonie, zwykle pachnące płynem do podłóg, naprawdę wróciły do dawnego życia.
Doktorantka z Wrocławia przyłożyła dłoń do ust. Profesor z Krakowa odwrócił się do publiczności. Zamiast do kawy wielu podeszło do tablicy. Marek podszedł do bocznych drzwi i wziął swój karton po wodzie.
Profesor z Warszawy podszedł do niego. Profesor Irena Król nie została zaproszona do tej rozmowy. To słowo należało do ludzi z portretów na korytarzach, nie do człowieka, który o piątej rano wracał autobusem z nocnej zmiany i tłumaczył córce, że nowe buty muszą poczekać do następnej wypłaty. Tego wieczoru Marek wrócił do domu później niż zwykle.
Zosia uniosła kciuk do góry. Marek uśmiechnął się lekko i wziął kredę do ręki. „Dziękuję, że jesteś tutaj do końca” – powiedział. Do zobaczenia w kolejnej historii.
Dziękuję, że wysłuchaliście tej historii do końca. Do usłyszenia już wkrótce.


