„Wróć do mieszkania i zaczekaj, aż do ciebie wrócę” – powiedziała Marta, a ja stałam na tej klatce schodowej z kluczem, który ktoś unieważnił bez mojej wiedzy. Zamiast wejść do środka, zdjąć te przeklęte buty i paść na kanapę, skończyłam zaladą piekarni, wracając do domu o świcie, kiedy on spał. Wojtek wskoczył na parapet i usiadł tyłem do nas, patrząc na szarą krakowską ulicę, jakby ta rozmowa go nie dotyczyła. Marta powiedziała, że słyszała, jak mówił do niej przez ramię, nie przerywając pracy.

W to samo miejsce, coraz bardziej obolałe, coraz trudniejsze do ochrony. Ona weszła do środka. W drzwiach zatrzymałam się i odwróciłam, nie do końca wiedząc dlaczego. Może szukałam słowa, które pomieściłoby to wszystko, co czułam.
Powiedziałam i weszłam do środka. Wszedł za mną do kuchni, poprawiając koszulkę zaspany, z włosami przyklejonymi do czoła po nocy, którą spędził we własnym łóżku. Zmyłam różowy ślad z krawędzi, wypłukałam, osuszyłam ściereczką i schowałam do górnej szafki, tam gdzie trzymałam rzeczy, po które rzadko sięgałam. Wrócił do telefonu.
Wstałam i powiedziałam, że idę spać. Byłam w kuchni, zmywałam talerze po kolacji, którą zjadłam sama, bo Konrad powiedział, że wychodzi do kolegi. Wtedy Marta sięgnęła do torby i wyjęła zwykły notes w twardej okładce, w kolorze butelkowej zieleni. Patrzyłam na notes leżący na stole, na trzy lata zamknięte w cudzym równym piśmie, na szarlotkę z lodami, na plecak przy drzwiach, na zamek, który ktoś wymienił w nocy, kiedy myślał, że jestem wystarczająco zmęczona, żeby nie zauważyć.
Zapytała, czy mam konto na swoje nazwisko, czy nasze finanse są wspólne, czy wiem, do jakich środków mam dostęp. Tam trafia moja pensja, ale wspólne wydatki idą z jego konta, do którego nie mam karty. Było już po 20:00. Potem zadzwoniłam do mamy.
Potem zamknęłam stronę, bo usłyszałam jego kroki w sypialni i wróciłam do kuchni. „Wracam w poniedziałek” – dodał już idąc do sypialni po walizkę. Dwa słowa do Marty. Nie w dramatyczny sposób, nie z wielkim gestem, po cichu, przez szarego kota wyglądającego zza węgła sąsiadki, przez notes w butelkowej zielenii, przez herbatę w kwiecistej filiżance, przez głos mamy, która powiedziała: „Cieszę się, że w końcu zaczynasz widzieć”.
Przez małe rzeczy, które okazały się duże. Wzięłam kartki i schowałam je do szuflady w sypialni, do tej swojej, po swojej stronie łóżka. Marta i Zofia zostały do późna. Kiedy wyszły i zostałam sama, zadzwoniłam jeszcze raz do mamy.
Nie wstałam, nie poszłam do przedpokoju. Siedziałam i czekałam, aż wejdzie do pokoju, bo wiedziałam, że wejdzie. Nie gniew, nie płacz, coś trudniejszego do opisania. Włożyłam klucz w zamek, obrócił się bez oporu i weszłam do środka.
Jeśli ta historia do ciebie trafia, nie przewijaj jej dalej. Ona ma jeszcze coś do powiedzenia.


