Wreszcie po pracy, jadę sobie spokojnie do domu. Włączyłem przeglądarkę na telefonie, miałem odpisać na czacie, a tu nic. Zero. Nie wczytuje się, nie czyta, jakby ktoś urwał połączenie.

No pięknie. WiFi włączone, Bluetooth wyłączony. Dane mobilne? Też w porządku.
Więc czemu to nie działa? Ktoś z ekipy odezwał się na grupie. Widzę powiadomienie, ale nie mogę wejść. Próbuję jeszcze raz.
Nic. Znowu nic. – Iwona strajkuje – rzuciłem w stronę telefonu, jakby to mogło pomóc. Jadę dalej, a tu cisza.
Zero reakcji. Wjeżdżam na parking, żeby nie myśleć o drodze i zająć się tym spokojnie. No dobra, może coś przestawiłem przypadkiem. Może gdzieś mam wyciszone powiadomienia?
Sprawdzam ustawienia. Głośność podgłośniona. Dźwięki są. Mikrofon działa, bo ludzie mnie słyszą.
Więc o co chodzi? – Napiszcie coś, to sprawdzę, czy to w ogóle działa – mówię do tych, którzy są na grupie. I wiecie co? Cisza.
Cisza jak makiem zasiał. Ale przecież widzę, że inni piszą. Widzę te wiadomości na podglądzie. Tylko że aplikacja nie chce ich otworzyć.
No to robimy tak jak zawsze w takich sytuacjach. Restart telefonu. Włącz, wyłącz. Zawsze pomaga, prawda?
No i proszę bardzo. Wróciło. Działa. Krzyś się odezwał, gu wróciła.
Marcin się pojawił. Wszystko gra. Odetchnąłem. Wreszcie mogę normalnie pogadać z ludźmi.
No to opowiadam, co u mnie. Dzień był kurewsko pracowity, ale taki dobry. Bo wiecie, przyjechaliśmy dzisiaj z Marcinem do tego nowego warsztatu i jak ja zobaczyłem ten bałagan, to się za głowę złapałem. Ja pierdzielę, nie było trochę.
Goście zostawili to miejsce w takim stanie, że w głowie się nie mieści. Więc co? Wziąłem się za porządki. Zacząłem od kuchni, wysprzątałem całą.
Potem łazienka, ubikacja. No i mówię do Marcina: dobra, lecimy uruchomić wulkanizację. Tam był prawdziwy grajdołek, wszystko na kupie. Posprzątaliśmy, ogarnęliśmy i wulkanizacja stoi.
Już można zmieniać opony, można łatać. Dawid nas uczył, jak się to robi, bo ja się nigdy w życiu tym nie zajmowałem. I trafiło się nam od razu koło z gwoździem. I to nie byle jakim, tylko takim mega długim, że bardziej uszkodził oponę od wewnątrz, niż od zewnątrz.
No ale to tam mniejsza. Zabrakło nam jednego wałeczka do docisku, bo gdzieś zaginął. Zamówiłem nowy i mówię: dobra, na razie wulkanizację sobie odpuszczamy. Idę robić moje pomieszczenie.
To ma być moje miejsce. Tam gdzie stanąć ma podnośnik, tam gdzie będę stripte, no, stricte nagrywał dla was filmy. Takie moje małe studio. Na drugim końcu budynku, więc będę mógł se puszczać muzykę, ile chcę, i nikt mi nie będzie przeszkadzał.
Tylko że tam to dopiero był bałagan. Totalny. Zacząłem to wszystko odgruzowywać, odkładać, wynosić. I w pewnym momencie zauważyłem, że podłoga jest jakaś dziwna.
Ma niesamowity spad do środka. No mówię: kurde, czemu to tak leci? Przesuwamy rusztowanie, a spadek dalej idzie do środka. W pewnym momencie coś mi się z ręki wysunęło i kafel pękł na środku.
Patrzę, a tam pod spodem jakaś krata spływowa. No dobra, myślę sobie, ciekawie. Odkleiłem drugi kafel. Druga krata spływowa.
A pod nimi takie metalowe pojemniki zamontowane. Odstojniki. Cholera wie, co to jest. Pytam właściciela, co tam było wcześniej w tym pomieszczeniu.
A on mówi, że nic nie wie. Że on tam nigdy nic nie robił, cały czas to wynajmował. Jeszcze jego ojciec to wynajmował. Wiedział tylko, że kiedyś była tam stacja diagnostyczna, ale co było w tym drugim pomieszczeniu, to nie ma pojęcia.
No ale wiecie, jak to w życiu bywa. Starszy pan podszedł do mnie i mówi: słuchaj, tu kiedyś była myjnia samochodowa. Normalnie można było całe silniki umyć. Cała Oława przyjeżdżała tu myć silniki.
Legalnie. Co pan gadasz? No niemożliwe. Pojechałem do starostwa.
Z pytaniem, z mapkami, z tym wszystkim. A tam pan na to: proszę pana, tu są odstojniki. Tutaj normalnie może pan mieć przyłącze i zrzut wody z mycia silników, bo to była myjnia samochodowa z myciem silników, podwozi i tak dalej. Mówię: to co mam zrobić, żeby dostać zezwolenie?
A on na to: nic. Ma pan przyłącze, wszystko jest przystosowane. Proszę sobie to uruchomić i używać. No i ja się ucieszyłem jak mały Kaziu.
Mam warsztat z możliwością mycia silników. No bajka. I do tego ta podłoga tak fajnie podniesiona, że jak będziemy myć silnik, to cały spływ będzie elegancko zrzucał wodę tam, gdzie trzeba. Takie odkrycie.
A przy okazji, jak już mówimy o interesach, to handlarz, który siedzi u nas na placu, robi naprawdę niezły przemiał. Ma tam z czterdzieści, pięćdziesiąt samochodów. Nie jakieś tam gówna, które wstyd sprzedać. Normalnie podjeżdża, bierze auto, jak ma jakąś ryskę na błotniku, to polakieruje.
Zderzak pęknięty? Wymieni albo pospawa. Pracownik mu to czyści, robi delikatny detailing. I wiecie, co on mówił?
Że ludzie kupują oczami. Że klient później jedzie i się chwali: popatrz, co kupiłem. Więc to auto musi wyglądać, jakby kosztowało dwa razy tyle. I powiem wam, że on mnie trochę inspiruje.
Mocno się zastanawiam, żeby też wejść w sprzedaż aut. Ściągnąć samochód w bardzo dobrym stanie, podrychtować go, pokazać na wizji, że go rytujemy, że rozrząd wymieniamy, oleje. Chyba będę jedynym handlarzem, który pokazuje, co robi z autem, zanim je sprzeda. No ale to na razie takie plany.
A na już, to jest jeszcze ten Mercedes do ogarnięcia. Adaś od rana dopytywał o DPF, o ten błąd czujnika różnicy ciśnień. Podpiąłem go pod komputer i faktycznie, błąd jest. DPF był po praniu.
No i standardowo, jak to w życiu, wszyscy mechanicy się pogubili. Wąski przeczytał go lunchiem i lunch wala błędy, że nieszczelność na wydechu. Delfaj podpięty mówi, że katalizator uszkodzony. A Gutman, jak już podpiąłem, mówi jasno: błąd czujnika różnicy ciśnień.
No i albo rurki zapchane, albo po prostu czujnik walnięty, który nigdy nie był wymieniany. A najśmieszniejsze jest to, że ten silnik miał robiony kapitalny remont, bo DPF cały czas miał dopalanie. I wiecie, co ja na to mówię? Że najprawdopodobniej to przez ten cholerny czujnik.
Bo jak jest zapchany, to DPF nie dopala, silnik myśli, że filtr jest zatkany i wrzuca tryb awaryjny. Auto jedzie do czterdziestki i stoi. I tak w kółko. A oni zamiast wymienić czujnik, robili kapitalny remont silnika.
Podstawa, jak mnie uczył mój brat i inni mechanicy: zawsze przy praniu DPFa wymieniaj czujnik różnicy ciśnień na nowy. Najlepiej oryginał. I przewody jak są nowe, to w ogóle ideał. Jak nie, to je przeczyścisz drucikiem.
A jak nie wymienisz, to DPF nie będzie dopalał. I problem będzie wracał. Więc jutro się tym zajmę. Wymienię czujnik, sprawdzę przewody.
Może to wystarczy. A jak nie, no to mogę się mylić. Jestem tylko człowiekiem. Ale na bank nie trzeba od razu robić remontu silnika.
Trzeba zacząć od czujnika, bo to jest najczęstsza przyczyna. No dobra, ale ja tu gadam, a zapomniałem skręcić. Dobra, uciekam. Muszę jeszcze wykonać jeden telefon.
Bawcie się dobrze, do jutra.


